tatara ra ra
jesienią nad głowami jest pełno waty cukrowej
wprawdzie nie jest tak dobra jak kawa w Yellow Dream
z Anką Chow Chow
ale jest herbata ze śmieci z czarnym ogonkiem
zamiast łyżki
trawa okropnie zielona trawa
z baru wegańskiego
rośnie teraz na balkonie
a może i we mnie
ale może nie
bardzo dużo ciszy
ostatnio czuję przeszywający ból w okolicy prawej części mnie. i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kiedyś nie dam rady znieść tego bólu. bardzo ładnie i uprzejmie mnie o tym uprzedzono.
mając przed oczami migawki chwil nieopisanych i nieopisywalnych, dreptałam tamtędy. dwa różne światy potrafią się nieraz złączyć w jedną spójną całość pełną rys i zadrapań w ciągu ułamków sekund.
lubię czuć, jak wiatr delikatnie głaszcze moją twarz, rozwiewa mi włosy i sprawia, że wszystko na chwilę znika. jestem w nieokreślonym czasem i przestrzenią tutaj, którego już dzisiaj nie ma. serce bije mi troszkę szybciej, źrenice się rozszerzają i oczy są wyraźnie zielone. lubię mieć wtedy spory zapas ciszy i dużo dużo przestrzeni. od czasu do czasu słyszeć tylko szum jeziora.
głowę położę na poduszce, przechylając ją lekko w lewą stronę. nogi w czwóreczkę, której nie trzeba rozumieć. wstanę wczesnym rankiem, żeby wrócić do miejsca, w którym nie może być już gorzej. pokruszę się od razu, pewnie rozwieje mnie wiatr i odtąd będzie dużo ciszy. bardzo dużo ciszy.
stykówki
z tyłu głowy odczuwam niemiłosierny ból. jakby siedział tam jakiś mały wyrzut sumienia i stale dawał o sobie znać. ale wyrzutu nie ma. jest tylko nieprzeczytana odyseja, mitologia, jest niezaliczone kolokwium, dwa niezaliczone kolokwia, nieopracowany temat i zakichana warszawa, która próbuje mnie wykończyć od pierwszego kroku, gdy tylko tu wracam. i może to dziwne, że gdy wychodzisz bez słowa i nie ma z tobą kontaktu, martwię się nie tylko ja. brak świadomości istnienia kogoś, na kogo się czeka, jest traumatycznym przeżyciem. podobnym do bezsennej nocy w czteropokojowym mieszkaniu. jesteś tu sam jak palec, a nawet jeszcze bardziej samotny. dużo bardziej. śmieszne jest to, że przy życiu mogą utrzymać człowieka sms-y. te kilkadziesiąt znaków na małym wyświetlaczu to substytut realnej rzeczywistości. kiedy ona cię przeraża, kiedy zabiera ci oddech, w sms-ach znajdziesz tego całe mnóstwo.
razem z wygodnym miękkim łóżkiem i czerwonym niewypitym winem.
tainted.
Nie wiem, jak to wszystko wygląda z zewnątrz. Mam teraz kilka światów naraz, kilka żyć i kilka osobowości. Działam na kilka etatów. I czuję, z dnia na dzień coraz mocniej, że bliższy jest kres moich sił niż ich nieoczekiwany wzrost. Żyję w życiu, którego nie mam, ono plącze się gdzieś między wtedy a jutro. Ciągle i notorycznie brakuje mi teraz. To się śni, śni, śni… mogę spać te dwie godziny codziennie, ale jak długo? W piątki jestem nieżywa, w soboty udaję że jest okej, niedziele wykreślam z kalendarza, a poniedziałki są automatycznie czwartkami. Gubię się w tej całej rozpadającej się układance i wcale nie jest mi z tym dobrze.
I to nic, że jadę ciągle nie tam, gdzie trzeba, że zmieniam sobie priorytety na mniej wysublimowane, że im cięższa torba, tym cięższe sumienie i im lżejsze konto tym dłuższe dni. Brakuje mi już kieszeni na małe słoiczki z powietrzem. Podręczne pół-inhalatory z życiem zapiętym na pięć guzików. Ważne, żeby nie zapomnieć, że każdy guzik może odpaść i… wtedy może być bardzo zimno.
to już było, było… a jednak nie pamiętam nic – to się śni, śni, śniiii..
neverending story
miałam dziś okazję skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. remis, 0:0 albo 1:1. czasem spoglądałam znad kubka z gorącą czekoladą, bo miałam nadzieję, że może to coś zmieni. nie pomogło. pożegnałam się na peronie 2 i zniknęłam.
dreptałam sama. a potem znów zawróciłam, tym razem troszeczkę bliżej. w tym huku odjeżdżających i nadjeżdżających pociągów czułam się jak w swojej głowie. jakby wszystkie myśli ze mnie wyszły i były tuż obok. tam jest tak samo głośno i chaotycznie. po peronach biegają zdezorientowani ludzie. moje myśli biegają tak samo po neuroprzekaźnikach. wszystko wije się, plączę i coraz bardziej zapętla.
a gdyby tak nożyczkami przeciąć heliksę DNA?
powoli wracam. próbuję. gubię się w podziemnych przejściach, wychodzę ciągle nie tam, gdzie powinnam. i nie wiem, nie wiem, czy pociąg na torze 4 przy peronie 2 jest tym, do którego powinnam wsiąść. ostatnio interesuje mnie od którego punktu mój smutek ma sens a radość ma swój powód.
wuwu
Tak w wielkim skrócie :
weź, tragicznie się czuję. nie chcę jechać. boję się.
poniedziałek, 24 września, 8:35. c’est la vie, mała. adieu.
PS. naprawdę dużo chciałoby się powiedzieć. a wychodzi tylko - do zobaczenia, byle jak najszybciej.
dziura
Wyjmuję kolejne kartony i pakuję w nie swoje rzeczy. Pakuję siebie w tekturowe kartony, wkładam w pociąg i po pięciu godzinach jestem innym człowiekiem. Zagubionym i nie mającym własnego miejsca. Nawet nie mam pojęcia, czy, gdy wyjdę, wrócę. Nie wiem, co spotkam za zakrętem. Nie chcę tego wszystkiego. Nie chcę tych wszystkich ulic, tramwajów, kolejek i metra. Nie, nie, nie…
Do tego wiem, ze to nie To. To nie jest spełnienie marzeń, to nie jest wymarzony Kraków, z którego zrezygnowałam. To nie jest będący tuż obok wzrok, którego nigdy nie zapomnę..
A new life coming soon
Ciężko mi uwierzyć, że za niespełna trzy tygodnie zaczyna się nowe życie. Im bliżej jest ten moment, tym mniej go chcę. Ciężko jest zaczynać wszystko od nowa, nie mając dla siebie ani odrobiny powietrza. Próżnia otoczyła mnie zbyt szczelnie. Nie ma tu ani ociupinki powietrza. Przez to też swoje pasje odłożyłam na najgłębsze dno szuflady. Obym się tam jeszcze dokopała. Zepsuło się coś bardzo ważnego, najważniejszego. Obawiam się, że mogę już nie naprawić. Żeby podarowano mi trzy miesiące, jedynie trzy miesiące w ciągu tych czterech lat. To byłby szczyt szczęścia. Od jutra staram się. O wiele, o bardzo wiele…
She’s bad and she knows, i think, that she knows..
Skoro okazuje się, że niespełna dwie godziny snu mi wystarczają, to chyba początek objawów tak zwanej bezsenności..
Pierwsza część rzeczy jedzie dziś. Adieu.