out of sth
dwanaście zbyt krótkich minut i dwa zbyt długie miesiące.
na tym jednym zdjęciu było idealnie, idealnie.
12 lutego
20. urodziny i dużo więcej smutków.
urodziny, spędzone samotnie, upłynęły pod znakiem niekończących się telefonów, po których moje zrezygnowanie osiągało kolejne stadia. coraz więcej niestety, nieaktualne i coraz mniej entuzjazmu. i w taki dzień, którego mimowolnie nie lubię, najbardziej smuci, gdy nawet rodzice o nim zapominają.
ale wieczorem dostałam uroczego aniołka a dzisiaj pyszną czekoladę i półtorej godziny tak mocno wyczekanej radości. i mimo, iż akcja toczyła się na centralnym, było zimno, a z każdą minutą trzęsłam się coraz bardziej, mimo tego, iż niemal grożono mi nożem, warto było zrezygnować z przeprawy na drugą stronę Wisły i zapakować się w 503, jadące do domu.
sny się skończyły. rzeczywistość skaleczyła mnie zbyt mocno i powoli wypiera ze mnie uczucia. niedługo stanę się bardzo bezbarwna i idealnie wpiszę się w każdy najszarszy kawałek tego miasta, które tak bardzo mnie nie lubi.
3:45
nie śpię. oddycham nerwowo, przewracając się z boku na bok. znowu wstaję, biorę laptopa do łóżka i przeglądam obejrzane po 10 razy strony z ogłoszeniami.
groźba bezdomności jest strasznie stresująca.
idioteque
mam nawet ulubione świeczki. do czego to doszło. są idealnie dobrane do koloru łóżka i zasłony. szkoda, że niedługo będę musiała zmienić świeczki. całą rzeczywistość oswoić jeszcze raz. z tymże, już nie tak łatwo, nie tak boleśnie, a jeszcze bardziej.
strasznie się tego boję. i komu mam to powiedzieć? i jak tego uniknąć? nijak. ostatni tydzień. chciałabym, żeby skrócił się do 4 dni, ale wiem, że to nierealne. mieć to wszystko za sobą, wszystkie te kartony, reklamówki i torby. gdzieś pomiędzy musi być czas na renesans i trochę średniowiecza, którego mam dość.
tyyyyle zaległości. ferie w warszawie. chyba, że jednak góry.
prelude
strasznie nie lubię płakać o tej porze, w pustym, ciemnym pokoju, w którym tylko świeczki dają trochę ciepła
2:26
o tej porze mam ochotę jedynie na słuchanie stukającego o parapet deszczu, stevena kleina, madonnę i Mru.
glory box
dziś staram się być, ale w ogóle mi nie wychodzi. błąkam się między bólem głowy a kolejnym dźwiękiem, wyściełającym moje ucho. takie małe nieistnienie w samym środku tygodnia. a gdyby trzeba to było sensownie wytłumaczyć, chyba też by się nie udało. półsłowa i półmilczenia wplecione w moje włosy przeniknęły gdzieś głębiej i bardzo mnie bolą.
give me a reason… perspektywa ferii mnie przeraża i zasmuca. wymarzyły mi się zupełnie inne, realnie energetyczne, a tymczasem, żeby dostać tej energii, choć odrobinę, jestem zmuszona do podłączenia się do kabelka. i to naprawdę już mnie nie bawi.
cautionary tale
pomiędzy ja a oni jest bardzo szeroka przestrzeń z milionem głębokich rys, których nie da się niczym zamaskować, ani nawet udać, że ich nie ma. z dnia na dzień żyję tym, co znajdę pod nogami na trasie ursynów-centrum. jadąc autobusem, zawsze siadam tyłem do kierunku jazdy, bo mam tę chorobliwą tendencję do patrzenia w tył, do nieuzasadnionego oglądania się za siebie.
moze się wydawać, że wszystko jest w multikolorze, do tego supersłodkie i wymarzone. w y d a w a ć .
daję się oswoić nie tym, którym powinnam. efektem czego między pozornie radosnymi długimi godzinami jest dużo ciszy. ty się chowasz i myślisz, że jest dobrze. a wcale nie jest. ale ty masz swój świat. i ja już nie chcę go znać, ale mnie zmuszasz. może nie do końca świadomie. zrobię trzy kroki w tył i będzie lepiej.
sens roztopił się z resztkami zimy.
wrócę nie wiadomo po co. nie wiadomo do kogo. nie wiadomo kiedy i na jak długo. i już teraz wcale mnie to nie cieszy.
…
dzisiaj mogę dodać jeszcze tyle:
po co przedłużać niepotrzebną mękę żołądków, upominających się o swoje wątpliwe prawa, zbyteczny wysiłek płuc, zużywających nienależne im powietrze, daremne bicie serc, pełnych próżnego żalu. po co przyzwalać na istnienie, które nie służy żadnemu godnemu celowi, a tylko hołduje nieładowi przemiany materii, nieustannemu krążeniu nadziei i rozpaczy, i pod żadnym względem, przenośnym ani dosłownym, nie spełnia wymogów schludności.
ech pech
na pytanie co u Ciebie? mogę udzielić tylko jednej odpowiedzi
u mnie jest dziwnie. czuję się jakby włożono mnie nie w tą rzeczywistość. po pierwsze stale tęsknie, moje male szczęście jest kilka tysięcy kilometrów stąd. moje mniejsze szczęścia kończą się nim jeszcze zdążą w pełni zaistnieć.
tonę w książkach i mam wrażenie, że w końcu się utopię. kawa, herbata, książka, druga kawa, druga herbata, ta sama książka, trzecia kawa, trzecia herbata, …
chmury wiszą nisko, tuż nad moja głową. kiedy staję na palcach, opadają mi na nos. ciężko mi wtedy oddychać, nie mówiąc o zrobieniu czegokolwiek.
moja motywacja ulotniła się szczelinami w oknach. i nie ma, nie ma jej nigdzie. moja wytrwałość, wiara w siebie to stany tak dalekie, że zdaje się, iż miały miejsce w prehistorii.
a o 3 w nocy próba włamania do mieszkania. i stoisz z duszą na ramieniu, nie wiedząc, czy policja zdąży.
to wszystko łącznie jest smutne i przytłaczające. i boję się pustych pokoi i wszystkich nieoswojonych dźwięków.
ps. jestem całkiem nie-na-żarty załamana.
zostaw komentarz