marionetki
jest bardzo późno. bardzo chciałabym spać, ale nie mogę. jest tyle innych, ważniejszych zajęć, że sen zdaje się być ostatecznością. czuję pulsujący ból z prawej strony głowy.
przed moimi oczami przewija się film posklejany z urywków ujęć z różnych taśm. chciałabym, żeby to jakoś do siebie pasowało, ale okazuje się, że tak też może być dobrze. żadna tam superprodukcja, to chyba dramat. to jak połączenie kilku tragedii przeplatanych komediami.
jestem jakby zawieszona nad tym wszystkim, przyglądam się temu, jak gram i stwierdzam, że raczej mi nie wychodzi. kiepski ze mnie aktor, wolałabym byc reżyserem. czasem siadam na to krzesło i dodaje poprawki.
ale co z tego, jak i tak jesteśmy marionetkami.
wróciłam…
z uśmiechem, rozpromieniona i mile zaskoczona. Promyki potrafią rozświetlać ciemne, zimne dni człowieka. 
powroty!
wracam tam, gdzie dawno mnie nie było. nie wiem, dlaczego i po co, na pewno po coś, na pewno dla czegoś. te odpowiedzi są nieistotne, pytania małostkowe i nic nieznaczące.

zima. bardzo zimna zima. nic mnie tu-i-tam nie trzyma.
anty
Mama mnie nie rozumie. nie dziwię się jej, gdyż ja też mam z tym niemałe problemy. ale moja aktualna sytuacja życiowa, moje zajęcie numer jeden mi nie pasuje. to nie są fotografie pełne emocji, to nie są twarze z wyrysowanymi charakterami, to nie są wykrystalizowane marzenia. to tysiące stron, to setki niepraktycznych informacji, to masa godzin, spędzonych w bibliotekach.
moje oczy nie wytrzymają tej sesji. płaczę częściej niż zwykle.
jeszcze.
mam ochotę wykrzyczeć to, co zalega między mymi żebrami. wyrzucić z siebie całą nienawiść i zapomnieć. przeszłość wraca. jak mam się tego pozbyć, gdzie usunąć. co mam zrobić ze sobą.
nie lubię sytuacji, w których jeden mały znak, jedna cyfra na skrawku papieru, potrafi zmienić całe moje życie. gdy uświadamia mi, jak daleka droga przede mną, jak trudno będzie dotrzeć do marzeń i szczęścia. w tym małym pokoju mieści się wiele tajemnic. zazwyczaj układam je pod szafą, bo tylko tam nikomu nie przeszkadzają.
nienawidzę siebie tak bardzo. dzieląc się sobą, należy pamiętać, by dawać te lepsze części. tego właśnie się boję, że nie będę umiała przemilczeć siebie w wersji prim.
Wielki Dramat. akcja toczy się w Warszawie na linii Ursynów-Krakowskie Przedmieście. trwa cztery tygodnie. w rolach głównych: ja, ja, ja.
wróć wreszcie…
PS. duszę się. na samo wspomnienie, duszę… siebie i swoją duszę.
raz
są takie noce, których się boję. są dni, które zostawiają na mnie stopniowo coraz głębsze rysy, coraz większe rany, coraz bardziej bolące odciski. czasem jedno zdanie to za mało, a jedno słowo to zbyt wiele. mówisz o mnie tak wiele, nie wiedząc, jak mnie to boli. i kiedy czytam kolejne ostre jak najostrzejszy nóż słowa, coś wewnątrz mnie pęka. najpierw patrzę na to z pogardą, czasem nawet przekornie się śmieję. ale potem dokładasz kolejną cegłę do mojego grobu, który buduję od dawna. nie masz pojęcia, kim jestem, kim chciałabym być. rzucasz we mnie kolejną porcją tych czułych trucizn, które wsiąkają we mnie. coraz głębiej i głębiej.
i mimo, że myślisz, że ja już nie mam uczuć, posiadam je. codziennie mocniej mnie gniotą, tłamszą ostatnie resztki sił. muszę się tylko uśmiechać. nocą zasypiam z głową wciśniętą w poduszkę. by nie dostrzegli, że ja mam jeszcze uczucia.
firanki
mam takie duże szklane oczy. są smutne i otwarte szeroko. muszę trzymać głowę uniesioną do góry, łzy wtedy nie spadają zbyt chętnie.
a kiedy patrzę w lustro, okazuje się, że to wszystko to tylko złudzenie, że tego nie ma, nie było, nie będzie. ugrzęzłam w czasie i siedzę skulona w kącie pokoju. obok siedzi ona. jest taka cicha, taka niewidoczna i tak mocno odczuwalna.
‘na dobre, na niedobre i na litość boską’
a niech to wszystko diabli wezmą. za niewielką opłatą…
ocean
jest mi tak źle, że nie umiem tego opisać. moje słowa wypełniają ostatnio jedynie szczeliny w ppękanych ścianach i suficie, w przestrzeniach między płytkami parkietu i szczelinach okiennych. przeszukuję zakamarki wczoraj, żeby dokopać się do usmiechów i małych wzruszeń, których mi brak. czuję, że to wszystko przecieka mi przez palce. mówię głośno, co jest nie tak, mówię o planach, których nie umem zrealizować.
mam za mało słońca i słów. nie chcę kolejnej książki, wolę człowieka.