z dala od równika
ostatnio głowa opada mi coraz częściej, jakoś tak ciąży nieznośne, nieefektownie.
wydaję majątek na bilety do teatru do opery, byle tylko nie siedzieć w domu. nie mam domu, tu go nie ma, tam nie. jak tylko wiem, że już wracam, moje stopy poruszają się coraz wolniej, mam wrażenie, że trudniej się oddycha, że powietrze jakoś tak nagle zgęstniało. nie da się zjeść spleśniałego ciasta, zwłaszcza, gdy ma na sobie okropnie słodki lukier.
wstawili nam nowe lampy. wkopali. tak na stałe. teraz pewnie będą tu kolejnych dziesiąt lat. tak sobie myślę, że to nie bez znaczenia, że te lampy są jednak wkopane. jakby ich nie wkopali, to ktoś by je zabrał i nawet zimą nie mielibyśmy kawałka sztucznego słońca.
słucham 43 płyt z operami Wagnera jedna po drugiej. i tak sobie myślę, że to wcale nie ma znaczenia, czy jest już jesień, czy daleko do wiosny. tutaj jest klimat umiarkowany, tu są różne zimy i różniejsze lata. wieki całe. wszystkiego się można spodziewać.
tatara ra ra
jesienią nad głowami jest pełno waty cukrowej
wprawdzie nie jest tak dobra jak kawa w Yellow Dream
z Anką Chow Chow
ale jest herbata ze śmieci z czarnym ogonkiem
zamiast łyżki
trawa okropnie zielona trawa
z baru wegańskiego
rośnie teraz na balkonie
a może i we mnie
ale może nie
do wszelkich rocznic w moim życiu mam stosunek arcy ambiwalentny. a może po prostu zupełnie ich nie znoszę.
2. listopada, 12.00, metro ratusz arsenał.
rok. bardzo ciężki rok.
-młodość jest bezwstydna.
-zapominasz o jednej rzeczy, życie łatwo przechodzi w śmierć.
tylko nadal nie wiem, jak można rozumieć cały ten kosmos, którego częścią jesteśmy. jestem. mam wiele problemów. gdy słyszę te poszczególne kawałki to cała ta stabilna konstrukcja pada. kruszy się to jak porcelana.
nie wiem, jak to jest nauczyć się kogoś, kogo się nie znało. na pamięć. na zawsze. najpierw oduczyć, potem nauczyć.
myślę, że bylibyśmy w sztuce i w życiu dużo ubożsi, gdyby ich autorzy nie cierpieli
osiemnaście minut wystarczy na całkowitą zmianę życia. to zaskakujące, że potem nic nie jest już takie samo.
nie lubię rozdmuchiwania nadmuchiwania i trąbienia o czyimś odejściu tych całych sztucznych przedstawień i reżyserowanych scenek gdzie każda rączka i nóżka być powinny tu a nie tam gdzie a trzeba wymawiać z tą nienaganną trzycentumetrową odległością między ząbkami i pamiętać że w piętnastej sekundzie trzeba się rozpłakać
a to co się spotyka teraz jest inne niewiarygodne nadal się nie wierzy się czeka że to wcale inaczej być miało to niemożliwe nie nie nie nie ma takich przykrych zdań to się nie dzieje one nie istnieją
W wypadku samochodowym zmarł doktor Eligiusz Szymanis.
Odjechany romantyk, indywidualista i fajny, kochany człowiek.
Widzę go jak biegnie w mrokach Krzemieńca… My za nim – totalnie odurzeni ukraińską wódką z restauracji Bona. Bo jest naszym nawiedzonym, charyzmatycznym mentorem, bo chcemy być blisko.
A on, okazuje się, biegnie w tych mrokach do toalety – do której wszyscy za nim wiernie wbiegamy… z rozpędu.
Taki był Szymanis.
Wieczną habilitację racz mu dać Panie
taki był
właśnie taki był
i nagle
nie wierzę nie rozumiem nie wierzę nie wierzę nie wierzę
tylko gdy wnoszono trumnę, a przed nią postawiono zdjęcie, gdy się uśmiechał, gdy był właśnie taki, jakim go poznałam i znałam, wtedy przez chwilę. ale tylko chwilę.
i kiedy słucham jego głosu. nie wierzę. coraz bardziej nie.
kiedy w końcu ktoś przerwie ten stek bzdur? po co to wszystko? dla kogo? przecież to się nie dzieje naprawdę.
w tej traumie zaczynam rozumieć, dlaczego Białoszewski był właśnie taki. śmierci nie da się oswoić. co dopiero mówić o patrzeniu na nią. każdy dzień początek koniec wszystko jedno. patrzysz na nią, jak się uśmiecha i macha rączką. tego się nie da znieść. z tym się nie da pogodzić.
na końcu miasta spotykamy się po dwóch latach. kiedyś co innego codziennie jak najdłużej dwa dni to wieczność. teraz dwa lata nic nie znaczą. zapominamy się.
na końcu miasta spotykamy się nie znając się wcale. pijemy wódkę, rozmawiając o tym czasie, o którym nic nie wiemy.
obrazy zniknęły ze ścian, dywanów też nie ma, opary przeszłości rozpierzchły się po kątach. noc kończy się wcześniej niż zwykle.
mamy daleką drogę przed sobą. jutro wszyscy wsiadamy do innych autobusów. za godzinę za rok za pół rururu ruru.
okazuje się, że nie lubimy pożegnań. nie lubimy wyjazdów. nie lubimy wiedzieć, że trzeba czekać. nie lubimy.
zostaw komentarz