odległości
gdy pośród piany prześcieradeł głód szepcze opuszkami palców…
Potem już tylko te czasoprzestrzenne odległości, co jak rozcieńczalniki rozpuszczają kruche konstrukcje bliskości wpisane w geografie naszych lunarnych samotności.
Potem już tylko stygnące ciepło ciał. Popiół. Szary pył, co wżera się pod powieki i nie daje spać…
bardzo szczęśliwy czas
i co z tego, że płaczę pół dnia i staram się być powietrzem. druga połowa mija mi na zdychaniu w sensie dosłownym.
ja i tak jestem zła i beznadziejna i nie można na mnie polegać i jestem mściwa i do dupy. i wcale nikt na mnie nie czeka, a gdy już przyjeżdżam, okazuje się, że telewizja i zamknięte drzwi do mego pokoju to najlepsza kompilacja. czyli, po co tu przyjechałam? chyba niepotrzebnie się tak cieszyłam. zbędne dodatki zazwyczaj są niepożądane. śmieci niepotrzebne. śmieci wyrzuca się do kosza. a mnie wcale nie jest tak łatwo się pozbyć.
wiem, to nieładne z mojej strony.
***
na moim biurku leżała czarna, niezbyt mała, ale, jednocześnie, odpowiednia, lampa błyskowa.
jeszcze tylko dwie baterie, klisza i nowy rozdział życia.