tatara ra ra
jesienią nad głowami jest pełno waty cukrowej
wprawdzie nie jest tak dobra jak kawa w Yellow Dream
z Anką Chow Chow
ale jest herbata ze śmieci z czarnym ogonkiem
zamiast łyżki
trawa okropnie zielona trawa
z baru wegańskiego
rośnie teraz na balkonie
a może i we mnie
ale może nie
niesiabada
ciężki bilet w jedną stronę. podróż bez powrotu i bez wspomnień.
Opowieści nie ulegają niczyjej woli, mają bowiem własną, niezłomną, niczym ukryta w mechanicznym instrumencie stalowa sprężyna, która prędzej czy później rozwinie się cała i wałek odegra do końca swą melodię.
Akwizytorze szukający szczęścia albo ratunku, jeśli chcesz się wydostać ze Ściegów, nie zwlekaj ani chwili: musisz to zrobić między wielką literą a kropką, nie czepiając się urwanej myśli, nie czekając na ostatnie słowo.
sensubrak.
wszystkie te nieprzespane noce, wypłakane łzy i spuchnięte oczy, kie
dyś wam podliczę. i wystawię bardzo wysoki rachunek.
narazie mogę być sama z tą nienośną ciszą, która brzmi w moich uszach, przecięła kanały z powietrzem i połączenia nerwowe. jestem miliardem pojedynczych komórek. jestem… a może mnie w ogóle nie ma?
ps. to pewnie idiotyczne, że, kiedy jest mi źle, bardzo źle, a nawet gorzej, próbuję zmarznąć możliwie jak najbardziej, żeby skupić się tylko na tym nieznośnym zimnie?
niesenność.
4:05 nie śpię. przewracam się z boku na bok – nic. myślę – nic. słucham radia – nic. nie myślę – nic. czytam – nic. patrzę w sufit – nic. piszę – nic. zamykam oczy – nic. nic. nic. słucham ciszy – nic. modlę się nawet i też nic. został mi tylko fortepian.
no tak, wczoraj zasnęłam po 5:30.
update:
5:00 – jedyny jako tako pozytywny skutek bezsenności to zgłębianie tajników genetyki molekularnej, projektu poznania ludzkiego genomu, retrotranspozonów, wpatrywanie się w heliksę DNA z niewyjaśnionym zachwytem i zainteresowaniem. szkoda, że trochę za późno.. ale jeszcze kiedyś. kiedyś.
…
moja historia wcale nie jest kolorowa i radosna. ziemia, po której stąpam, jawi się jako siedlisko wszystkich smutków świata. a przecież jest taka sama, jak tysiące innych ziem. i nieważne, czy idę po asfalcie, czy błocie, w którym stopniowo się zatapiam, taplam się w nim, by wyjść zła na samą siebie i na wszystkich wokół. zupełnie bez powodu. każdą kałużę mogę przecież ominąć szerokim łukiem rozsądku i rozwagi, której chyba mi zabrakło. utaplana w tym błocie próbuję dojść do najbliższego ciepłego miejsca, pełnego słońca. idę i idę, prosto, ciągle przed siebie, ale te wszystkie domy, kamienice, te ulice – one są wciąż takie same. nic się nie zmienia. idę, stojąc w miejscu, stojąc w kałuży, w tym paskudnym błocie, które z czasem przybiera formę minibagna. jak nazwać ten nie-chód? czy sama świadomość jego istnienia jest chociażby najmniejszym krokiem? jak stąd wyjść, uciec, jak pobiec przed siebie daleko, na bardzo suchy ląd? jak wyrwać się z zastanej rzeczywistości przetkanej nitkami niezrozumienia i bezsensu? jak na osnowie z bardzo kruchego istnieja utkać swą wymarzoną przyszłość, kiedy to pruje się stale, kruszy i rozpada? no jak?
nie chodzi tu wcale o pocieszenie. ja tylko pragnę znaleźć fundamenty, kamienie węgielne, bardzo mocne podstawy. i jakże przykre jest to, że okazuje się, że najtrwalsze są jednak cegły. chemią nie zbuduję sobie życia, nie spełnię marzeń. mogę jedynie przeliczyć wszystkie dni, podzielić je przez ilość słonych kropel i dodać do tego krople nieco inne – gorzkiem i z procentami. otrzymany wynik powiesić na lustrze i spoglądać na niego każdego ranka. może któregos dnia, okazałoby się, że tę karteczkę należy wyrzucić, że statystyki się zmieniły, że słońce zaczęło świecić.
żyję od nadziei do nadziei. to bardzo męczący sposób na życie.
tainted.
Nie wiem, jak to wszystko wygląda z zewnątrz. Mam teraz kilka światów naraz, kilka żyć i kilka osobowości. Działam na kilka etatów. I czuję, z dnia na dzień coraz mocniej, że bliższy jest kres moich sił niż ich nieoczekiwany wzrost. Żyję w życiu, którego nie mam, ono plącze się gdzieś między wtedy a jutro. Ciągle i notorycznie brakuje mi teraz. To się śni, śni, śni… mogę spać te dwie godziny codziennie, ale jak długo? W piątki jestem nieżywa, w soboty udaję że jest okej, niedziele wykreślam z kalendarza, a poniedziałki są automatycznie czwartkami. Gubię się w tej całej rozpadającej się układance i wcale nie jest mi z tym dobrze.
I to nic, że jadę ciągle nie tam, gdzie trzeba, że zmieniam sobie priorytety na mniej wysublimowane, że im cięższa torba, tym cięższe sumienie i im lżejsze konto tym dłuższe dni. Brakuje mi już kieszeni na małe słoiczki z powietrzem. Podręczne pół-inhalatory z życiem zapiętym na pięć guzików. Ważne, żeby nie zapomnieć, że każdy guzik może odpaść i… wtedy może być bardzo zimno.
to już było, było… a jednak nie pamiętam nic – to się śni, śni, śniiii..
A new life coming soon
Ciężko mi uwierzyć, że za niespełna trzy tygodnie zaczyna się nowe życie. Im bliżej jest ten moment, tym mniej go chcę. Ciężko jest zaczynać wszystko od nowa, nie mając dla siebie ani odrobiny powietrza. Próżnia otoczyła mnie zbyt szczelnie. Nie ma tu ani ociupinki powietrza. Przez to też swoje pasje odłożyłam na najgłębsze dno szuflady. Obym się tam jeszcze dokopała. Zepsuło się coś bardzo ważnego, najważniejszego. Obawiam się, że mogę już nie naprawić. Żeby podarowano mi trzy miesiące, jedynie trzy miesiące w ciągu tych czterech lat. To byłby szczyt szczęścia. Od jutra staram się. O wiele, o bardzo wiele…
She’s bad and she knows, i think, that she knows..
Skoro okazuje się, że niespełna dwie godziny snu mi wystarczają, to chyba początek objawów tak zwanej bezsenności..
Pierwsza część rzeczy jedzie dziś. Adieu.
naj-naj
Granice się zatarły, horyzonty roztopiły, brzegi zalało. Słońce się spaliło, księżyc zgasł, gwiazdy pospadały. Muzyka ucichła, woda wyschła, kolory wyblakły, zapachy wywietrzały. Ściany skurczyły, sufit zamienił się z podłogą, powietrze umknęło. Ludzie…? Noszą swe depresje w kieszeniach. Pssst… tylko ani mru, mru. Nikomu.
Życie się skończyło.
mish-mash
Ostatnio moje życie przybrało formę mish-mashu, nie-artystycznego nieładu i nie wiem już kto jest kim, ani nawet co jest czym. Budzę się rano widzę lub nie widzę słońca za oknem, a do tego zawsze mam chmury. Mam dużo chmur – starczyłoby na niejedną kołdrę i niejedną poduszkę. Może to faktycznie jakieś wyjście, taka ucieczka, oczywiście pozorna. Mam dość tego-wszystkiego i przez to zabieram się za wszystko, co nie wiąże się ze mną, przeglądam kolorowe gazety z mnóstwem uśmiechniętych ludzi, pustych nastolatek, slicznych modelek, szczęśliwych aktorek, nieszczęśliwych singielek i nie umiem znaleźć się ani fragmentu siebie. Czasem mam wrażenie, że mam w sobie kawałki tych wszystkich osób, że jestem takim kolażem osobowości, a czasem z kolei, wydaje mi się, że nie ma mnie w ogóle. Jestem pod względem fizycznym, jako jedno ciało, para rąk i nóg, jedna głowa, ale to wszystko. Nie ma w tym wszystkim Mnie. Zalewam te nieprzyjemne wątki mego życia hektolitrami herbaty, zagłuszam muzyką, uciekam od tego na kilkugodzinne spacery, bo myślę, że to może pomoże, może zapomnę o tym, o nich, o nim, o sobie. Ale ta zabawa zwana życiem jest troszkę cięższa, trudniejsza. Okazuje się, że tu jeden plus jeden nieraz równa się trzy, a dwa plus osiem równa się dwa plus sześć. I weź się z tym zgódź, i zrozum, że tak ma być i wmów sobie, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Te ciemne strony, dni, tygodnie rozjaśniam mnóstwem jasnych kartek z gazet, zapisków na najjaśniejszych papierkach, a nawet jasnymi, waniliowymi lodami. Mam dół, dolinę, kanion. Nie wiem, czy się wygrzebię, bo już teraz nic-nie-ma-sensu. Ostatnio życzę każdemu, żeby rozwijał swe pasje, bo one wyznaczają sens, gdy wszystko go traci, a sama nie umiem sobie tego życzyć, nie umiem zrozumieć i wcielić w życie. Mam wrażenie, że pcham się w moje pasje na siłę. Dlatego kartki leżą czyste, ołówki są nieużywane, kilobajty czekają, aparat ma wakacje, a cienie, kredki, błyszczyki lądują na samym dnie szafy. Nie tak miało być, miało być do przodu, coraz lepiej, łatwiej, a jest pusto. I mam alergię na ludzi, nawet tych najbliższych.