.
każdego dnia coraz bardziej boję się dzwonić do domu. boję się usłyszeć jedną z najtragiczniejszych informacji. i pierwszy raz bezsilność przerosła wszystkich. jednocześnie.
próbuję się ratować. wychodzę z siebie. uciekam. do parku. do tramwaju. idę do domu najdłuższą z możliwych dróg. żeby tylko nie myśleć. żeby MUSIEĆ się jakoś trzymać. w domu jestem już tylko w kawałkach. zamykam się. sama. załamana. zdruzgotana.
de jak du.. pupa
Strasznie nie lubię patrzeć się tępo w ekran monitora, czekając na kilka ciepłych słów. Cos mnie wtedy gniecie od wewnątrz, powodując tępy ból.
Ludzie mówią, że skoro to miasto tak bardzo mnie przytłacza, to w końcu się wykończę. I ja nawet nie śmiem w to wątpić. Co z tego, że mam ze sobą bagaż marzeń i walizkę ambicji, gdy to wcale nie takie proste. Szczególnie dla małej dziewczynki o smutnym spojrzeniu.
Może gdyby udałoby się zniwelować wszystkie wielkie litery, wykrzykniki i, niebezpiecznie zaciskające się, cudzysłowy, ten świat byłby wreszcie moim światem. Może gdybym nie musiała zastanawiać się nad każdym zdaniem i każdą sekundą życia po drugiej stronie, to ułożyłoby się dużo prościej.
Tego nie trzeba rozumieć. Tego nawet nie da się zrozumieć.
Tak, tak, fachowo ten stan nazywa się dramatyzowaniem. W moim wypadku przez wielkie(sic!) de. Tak wielkie, że dużo, dużo większe od resztek mnie.
studio pustki
miał być maj w krakowie. krakowa nie będzie.
pomiędzy jednym a drugim zdaniem mieszczę się cała porwana na kawałki. dramatycznie szybkomówiący ktoś zapomina o mnie i muszę znikać. tylko, że to wcale nie takie proste, jak mogłoby się wydawać. powietrze jest lżejsze i milsze a mimo to ciągle mnie boli. między żebra wciskają mi się okruchy codzienności, do głębi szarej i przewidywalnej. czasem tylko przykładam tu opatrunki nadziei, które w efekcie zrastają się z ranami. spotęgowany ból maskowany nerwowo przygryzaną wargą.
taki mały anty-raj na ziemi.
ocean
jest mi tak źle, że nie umiem tego opisać. moje słowa wypełniają ostatnio jedynie szczeliny w ppękanych ścianach i suficie, w przestrzeniach między płytkami parkietu i szczelinach okiennych. przeszukuję zakamarki wczoraj, żeby dokopać się do usmiechów i małych wzruszeń, których mi brak. czuję, że to wszystko przecieka mi przez palce. mówię głośno, co jest nie tak, mówię o planach, których nie umem zrealizować.
mam za mało słońca i słów. nie chcę kolejnej książki, wolę człowieka.
nie musi być miło
poduszki stały się strasznie niesympatyczne. ocieram się o ostre kanty twardych mebli i widzę coraz więcej siniaków na moim ciele. poparzyłam się zbyt płonnymi nadziejami i zziębnięta, w wyniku zbyt długiego spaceru, nie czuję już siebie.
podświadomie to wszystko wpisuję w zakładkę system obronny. i teraz, wara stąd.
nic nikomu
czas się spakować w kilka kartonów. odwieźć część rzeczy do domu i zacząć życie od nowa. nie jest mi wesoło. jest mi nijak już od jakiegoś czasu. bywam całkiem nieobecna. nie wiem, jaką mamy porę roku. podobno świeciło dziś słońce, podobno zbliżamy się do wiosny, a wszystko jest takie szare i brudne. jedyne ciepło dają mi małe świeczki, które codziennie płoną, umilając wieczór, a raczej noc.
jeszcze niedawno miałam mnóstwo ciszy mimo obecności jednej osoby w mieszkaniu. wraz z przybyciem dwóch kolejnych osób, wzrosła ilość ciszy. to pewnie naturalne ale nijak nie umiem się z tym oswoić. pakuję swoje słowa i myśli w najszczelniejsze kartony świata i skrapiam to wszystko własnymi łzami.
dorosłość bywa przytłaczająca. herbata nie ma smaku. dni sensu.
zimne słowa zawsze mnie bolały przez swoją niezrozumiałość… ja tak, poprostu, nie umiem. i nie rozumiem. albo na odwrót. to i tak nikogo nie obchodzi. bo przecież co kogo obchodzi to, że kiedyś wreszcie zamarznę po takim zdaniu a nawet pojedynczym spojrzeniu.
puste słowoformy. pusto i cicho.
zupełnie
wyobraź sobie szarą, gestą substancję, w którą wpadasz i z której nie możesz już wyjść. i nagle zjawia się taka dłoń, która wydaje się być pomocną. sama oferuje pomoc, bycie blisko. a potem popycha cię jeszcze głębiej. teraz już wiesz, że jesteś zupełnie sam i żadna dłoń ci nie pomoże, bo żadnej już nie zaufasz. i chcesz być jeszcze bardziej samotny w swej samotności, którą jesteś przesiąknięty. aż kapie z ciebie i ani wiatr ani słońce cię nie osuszą. jesteś s a m .
i powiedz, jak ci jest?
ps. jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. dedykowane.
.
mam do zrobienia masę rzeczy. masę. muszę pisać, czytać, uczyć się, a tymczasem najlepiej mi pływać po wierzchu zielonej herbaty, roztapiając się w dźwiękach najmilszych dla uszu. i w szumie miasta zza okna, które dziś jest uchylone.
mam ochotę na jeszcze trochę ciepła, na jeszcze słodszą rzeczywistość, na koniec toksycznych relacji. mam ochotę na 5 miesięcy i 2 tygodnie, które niewiaryodnie się dłużą i na bardzo długą kąpiel. chce z siebie zmyć cały ten trud i resztki awantur, pogardliwe spojrzenia i ślady twoich rąk. chciałabym też zmyć tę ciszę dzielącą dwa sąsiadujące ze sobą pokoje i wymazać się z tego krajobrazu.
biorę życie w swoje dłonie. życie, dlaczego jesteś takie kanciaste? dlaczego tak bardzo mnie bolisz i jedyne miejsce, do którego mogę uciec to chmielna po 22. jest tam wtedy cicho i dość pusto. jest przyjemnie. widzę tylko całe masy świateł miasta, resztki jeżdżących samochodów. oddycham tobą, miasto. może ty wytłumaczysz mi, dlaczego im więcej w tobie życia, tym mniej go we mnie?
układam moje nowe książki na starej półce. niedługo spakuję to wszystko w dwa ostatnie kartony i pójdę gdziekolwiek. w perspektywie i planach mam tylko poznań, tutaj nic mnie nie trzyma.
może jedynie to lotnisko, które, chwilowo, jest obiektem moich westchnień, moich bezustannych oczekiwań. bo tramwaje.. tramwaje będą też tam. powiedz mi, życie, jak mam cię ułożyć, żebyś wreszcie było w pełni moje? jak długo mam czekać aż dasz mi ze sobą zrobić tyle, ile chcę?
ile jeszcze pytań muszę zadać, żeby móc stać się sobą? narazie jestem tylko marną kopią siebie. przyklejone do czoła vanitas vanitatum et omnia vanitas nie chce zejść nawet pod wpływem mleczka do demakijażu. w lustrze nie widzę siebie, widzę kogoś, kogo nie znam i znać nie chcę.
daj mi wreszcie odetchnąć. zaciągnąć się powietrzem jak najdroższym papierosem i mieć satysfakcję z tego, że oddycham.
duszno duszno
rzeczywistość mnie przerosła. o całe 15 metrów i kilka tysięcy kilometrów. i co z tego, że są samoloty? jedyna droga została zamknięta, jedyne światło zgaszone, powietrze wypompowane. została mi powolna śmierć. jak w obozie koncentracyjnym. widzisz, że giniesz, ale nic już nie możesz zrobić. nic.
skończył się etap życia. nastała wegetacja. w trakcie wegetacji bywały lepsze okresy przejściowe. jedna wegetacja zwyciężyła. teraz nawet ona się skończyła.
i niech nikt nie próbuje mówić, że życie jest sprawiedliwe.
ślepo
wszystko, co robię, robię wbrew sobie. zupełnie tego nie rozumiem. robię źle i brnę w to, uparcie brnę, coraz szybciej, natarczywiej, coraz bardziej nerwowo. to nic, że nie ma drogi powrotnej. to naprawdę nic. zdarzają się gorsze tragedie.
‘pierwszy raz słyszę
dwie cisze
na oba uszy’