z dala od równika
ostatnio głowa opada mi coraz częściej, jakoś tak ciąży nieznośne, nieefektownie.
wydaję majątek na bilety do teatru do opery, byle tylko nie siedzieć w domu. nie mam domu, tu go nie ma, tam nie. jak tylko wiem, że już wracam, moje stopy poruszają się coraz wolniej, mam wrażenie, że trudniej się oddycha, że powietrze jakoś tak nagle zgęstniało. nie da się zjeść spleśniałego ciasta, zwłaszcza, gdy ma na sobie okropnie słodki lukier.
wstawili nam nowe lampy. wkopali. tak na stałe. teraz pewnie będą tu kolejnych dziesiąt lat. tak sobie myślę, że to nie bez znaczenia, że te lampy są jednak wkopane. jakby ich nie wkopali, to ktoś by je zabrał i nawet zimą nie mielibyśmy kawałka sztucznego słońca.
słucham 43 płyt z operami Wagnera jedna po drugiej. i tak sobie myślę, że to wcale nie ma znaczenia, czy jest już jesień, czy daleko do wiosny. tutaj jest klimat umiarkowany, tu są różne zimy i różniejsze lata. wieki całe. wszystkiego się można spodziewać.
tatara ra ra
jesienią nad głowami jest pełno waty cukrowej
wprawdzie nie jest tak dobra jak kawa w Yellow Dream
z Anką Chow Chow
ale jest herbata ze śmieci z czarnym ogonkiem
zamiast łyżki
trawa okropnie zielona trawa
z baru wegańskiego
rośnie teraz na balkonie
a może i we mnie
ale może nie
zostaw komentarz