czasem mam wrażenie, że pęka mi serce. i nie wiem, co ze sobą zrobić.
pijemy wino. nic innego nam nie wychodzi. tylko, gdy słyszę ten fortepian, a później gitarę, czuję, jak się kruszę. wracam do domu rozsypana. w tym domu jest przeraźliwie pusto.
byłeś kiedyś w pokoju bez okien?
odłóżmy w niepamięć przewiny i żale i złość niech nam będzie wspaniale
wszystko potrafię zrozumieć. wszystko. ale żeby pomidorowej nie mieli?! w czterech sklepach byłam i w czterech nie mieli pomidorowej! żurek albo kalafiorowa. kalafiorowa! już nie wiem, co gorsze. ja rozumiem, kryzys, na rynku kryzys okropny, ale żeby nawet pomidorową dotknął. tego już za wiele. i póki nie będzie pomidorowej, nie będzie spokoju. bo, wiadomo, pomidorowa kojarzona z każdą szkolną wycieczką. pomidorowa to symbol. nie żeby tam dobrego smaku od razu. pomidorowa to przecież niemalże alegoria, a już na pewno symbol bliskości i swojskości i czego tam jeszcze. zatem nie ma pomidorowej, nie będzie pomidorowej, to i nie będzie niczego.
przychodzę do ciebie, a ty mi mówisz napij się ze mną wódki. nie chcę. ale w końcu siadamy, pijemy. wiemy, za co i, dlaczego. na pamięć tę całą historię się zna. wypada. wypadałoby. zmienić to wszystko. zacząć znowu.
14. listopada. miało się kaca. moralnego. nadzieję się miało. umarło wszystko. 14. listopada. przyjechał tramwaj 35. przejechał. wsiadłam do niego. i odjechałam. przejechałam. pamiętasz, prawda? było wino. gruba warstwa ciszy. wtedy jeszcze nie rozumiałam tego, co to znaczy. nie miałam nawet pojęcia, że kończę się z tym dopalanym papierosem. teraz ty gasisz te papierosy, które trzymam w dłoni. gasisz te papierosy mnie gasisz. pijemy wódkę, bo nic innego już się nie da. napijemy się tej wódki. teraz tu. niedługo kilkaset kilometrów dalej. napijemy się.
pierwszy raz słyszę że się martwisz. o mnie się martwisz. i nie wierzę temu, co słyszę. mam wrażenie, że mi się wydaje. pytam dopytuję. zgadza się. obowiązkowo, kieliszki w dłoń. pijemy wódkę. coraz bardziej nie wierzę. teraz już nie wiem, co jest. co się wydaje. nic nie wiem. widzę ten duży pusty pokój. zawieszone ciemne, grube zasłony. nawet w środku dnia. w nim zawsze jest ciemno.
mówisz że zagrasz. czekam. ale pijemy ciągle tę wódkę. czekam aż zaczniesz grać. ale nie grasz. 14. listopada ostatni raz słyszałam jak grasz. wydaje mi się, że to znaczy. samo sobą znaczy. ja wtedy słuchałam, jak grasz. beethovena. potem słuchaliśmy tannhausera. wiesz, od listopada nie mogę słuchać fortepianu. kocham te dźwięki, ale nie mogę. wiesz, rozumiesz. teraz najwyżej jacaszek. fortepianu nie mogę. nie mogę i już. bo się wtedy tak we mnie rozumiesz coś rusza porusza przesuwa. miażdży i gniecie. rozrywa mnie wtedy od wewnątrz. o tak po prostu na strzępy. wiesz, wiesz. nic takiego, taka tam szarpanina. tu boli tam coś się odrywa.
opowiadasz mi jak to jest. siedzisz jakoś tak bokiem. że nie widzę. bokiem tak do mnie w ogóle. nie widać twarzy nic nie widać jakoś tak tylko okno. i pijemy tak tę wódkę. ale jak pijemy, to się przesuwasz na wprost. i tak się śmiejemy usmiechamy jest tak miło miło a w gruncie rzeczy myślimy to samo. matkoicórko niech się to skończy. niechja wyjadę do tego poznania świętego czy wrocławia przeklętego, bo kraków to już dawno. to wiadomo. wiesz ja to tak od wczoraj tak myślę żeby już się spakować w jedną walizkę i zwiać zwyczajnie. do śmierdzących serków. albo lepiej. nad brudną wodę. wiesz, to się uda. mówię ci. tylko tę walizkę trzeba wreszcie. wiesz, kupić, pożyczyć, cokolwiek. bo tu to nie ma walizek. bo gdyby były to wiesz. my już dawno. by nas nie było. a tak to ich nie ma, to my jesteśmy. wiesz, no, w reklamówkę się nie spakujesz. walizka. porządna potrzebna. ale nie mamy walizej celowo. żeby tu wytrzymać. wiesz, bo wszystko inne to my tu mamy. może kieliszków do wódki nie ma. ty też zresztą nie miałeś. te co dziś pilismy z nich są z getta. no, pewnie. tego żydowskiego. to były znicze. a my dziś z nich wódkę. tak bezczelnie. ale mówisz mi, że co się miało napalić tych zniczy, to sie napaliło. że się zmyła ta gwiazda dawida i teraz my zamiast gwiazdy mamy wódkę. która też się błyszczy. tylko pierwszy raz piję ze znicza. trochę mi z tym nieswojo.
ja do żydów nic nie mam. kocham jak braci swoich, których nie mam. tylko, że z takich zniczy wódkę pić. to już za dużo. ale kieliszek jak kieliszek. a że zniczem był. podpierdolonym. po tej wódce my schodzimy na metafizykę. kosmos. i ateista mi metafizyczność świata tłumaczy. podoba mi się. tylko że to przez kraków filtrowane wszystko i przez wódkę, to wiadomo. na co liczyć czego chcieć.
ta wódka była okropna. ja obok miałam miętę. żeby jakoś tę wódkę znieść. bo ja nie znoszę wódki. ale za tą wódką jak z walizką. nigdy nie mam, żeby mnie nie korciło. bo jak jest wódka, to się ją pije. bo ona jest paskudna. ale w tej swojej okropności mieści tak wiele złudzeń. się wydaje człowiekowi że wódka to jest cud świata że to świetnie działa że to się zapomni od razu tylko szast prast jeden drugi trzeci kielich i po sprawie. po kłopocie. że to juz się świat naprawiło i że to już tak najlepiej teraz dzień w dzień tak sobie wypić. i teraz to już pudełko czekoladek i lody do kosza można bo jest wódka. wódka uczy wódka radzi wódka nigdy cię nie zdradzi. taka to mądrość. i prawda to to. w końcu metafizycznie my się porozumieliśmy po tej wódce. chociaż ja nienawidzę wódki. a ja wiem że ty też nie cierpisz. ale pijemy tę wódkę. żeby już dać sobie spokój.
wiesz, ty mi mówisz, zamieszkaj tu, jest pokój, jestem ja. i, ty wiesz, ja bym chciała. ale wtedy to my już ciągle byśmy tylko tę wódkę. żeby z sobą jakoś wytrzymać. bo my nienawidzimy siebie nawet raz w tygodniu. a tak cały czas to wiadomo. to by było po wszystkim. musielibyśmy tej wódki pić dużo i walizki do piwnicy schować żeby to jakoś znieść. wytrzymać to jakoś jak tych kilka kieliszków wypitych na szybko.
wyszliśmy na papierosa. w tym domu się nie pali. wyszliśmy na papierosa. padał deszcz. ty mnie jeszcze pytasz czy ja nie chcę kilku. bo ze jak nie mam to ty mi dasz i żeby mi tego starczyło żeby to jakoś było. ty mi mówisz trzymaj się, mała. ja mówię trzymam trzymam i sobie myślę że to gorsze niż ta wódka. tak się nie trzymać nawet na chwilę się nie trzymać nie mieć czego się trzymać. to nie wiem już o co tu chodzi.
idę do domu. chwieję się niemiłosiernie. że już mi wstyd tak przy policji się chwiać całą sobą. cały kęgosłup moralny się kruszy, bo ja padam. normalnie mdleję i koniec. i tak sobie myślę, że to tak być musi. że to tak już jest że jak się człowiek chwieje to paść musi. to ja padam. nie ma nikogo. ja nikomu nic nie mówię, że to się działo. bo co mam mówić. że mi kręgoslup się w drobny mak roztrzaskał. to takie nieżyciowe. żeby teraz kręgosłup łamać. ręka noga to jeszcze. ale kręgosłup. to jakby oko sobie połamać na dwie połóweczki. jak jabłuszko co adam i ewa mieli ale źle spożytkowali. takie są skutki picia wódki. znika mózg i rozum i równowaga i się upada.
widzę na ekranie słowa witaj wróżka! i chciałabym się uśmiechnąć. ale nie mogę. dzieli mnie od tego 150 kilometrów. od uśmiechu. dzieli mnie tyle lat. od uśmiechu. dzieli mnie morze betonowe dzieli mnie każdy dźwięk skrzypiec zza drzwi. dzieli mnie. na kawałki coraz mniejsze coraz bardziej. dzieli mnie.
nie ma gdzie wrócić. nie ma. do domu nie można. siła wyższa. phi. nie ma już domu. jest tylko serpentyna z tych dróg, na którym mieliśmy wypadek. nie mieliśmy pasów. mieliśmy cud. mieliśmy flashbacki. i horrendalnie olbrzymi strach. zdawało się, że to już po wszystkim, że to już koniec.
dzisiaj każdy w swoim pokoju zamkniętym klamką, której już nie ma. snując się po przedpokoju, ostatkiem sił unosimy zmęczone powieki. oddychamy. dzisiaj tylko na tyle nas stać.
na morze nas nie stać. na kraków nas nie stać. na ursynowie zalegają niepotrzebni ludzie. to życie się psuje. z aparatem się walczy z tą pustką z bezmiarem bezsilności. meandry i przepaście. od 14 do teraz.
tak naprawdę marzy się o tych dwóch godzinach przez pół życia. a potem dowiaduje się, że to i tak. że nie ma. że kilkanaście liter wszystko zmienia. że można mieć te wszystkie moralne kace, a to i tak na nic. wcale nie jest tak że coś się kończy coś zaczyna. coś się kończy i nie zaczyna się coś. nie da się oswoić takich nieprzewidzianych okoliczności.
tak sobie właśnie myślę, że to wszystko utonęło. rok temu w lipcu. zatopiło. kajaki sunęły po wodzie, a to tonęło. topiło się. było parno. i duszno. nie było czym oddychać. zupełnie jak dziś. nie ma czym oddychać. nie mieliśmy czym oddychać. nie żyliśmy tak naprawdę. nie żyjemy nadal. jakby nie było już czym oddychać. nawet skórą się nie da. niczym się nie da. nie oddychamy. nie oddycham. duszę się.
dusza mi się dusi. dusza z ciała wyleciała. na zielonej łące stała. może i stała. ale co po jej staniu, kiedy się udusiła. dusza się dusi. dusza uduszona. dusza wyduszona. nie oddycha. dyszy. szepcze. duszyczka się poddusza duchem swoim przenajświętszym. zduszonym. duch uduszony.
czy można zrobić to duchowi? świętemu świętością swoją najświętszą?
łaskoczą mnie rozpędy a potem bolą. jak mawiał białoszewski. łaskoczą i bolą. wszystko się zgadza.
znam na wylot te klimaty[...] telefon milczy. samemu dzwonić się nie chce, zresztą, niebardzo nawet jest do kogo. czytać się nie da. w ogóle nic się nie da.
dziejowe wydarzenia
to okropne, ale moja moralność pokruszyła się i rozwiał ją wiatr gdzieś między Krymem a Palestyną.
gryzie mnie ciągle ta nieznośna świadomość podświadomość nie podoba się to widowisko bajki bajeczki i te wszystkie chmurne historyjki te burze i wrzaski i tłumiona złość miesiącami latami wszystko się plecie na tym świecie nie ma nic nie ma
11 miesięcy
temu myślałam, że życie się do mnie właśnie uśmiecha. uśmiechnęło się. uśmiechało aż trzy dni. czekałam na ten uśmiech pół roku.
dziś mija 11 miesięcy. czekałam na cud, a trafiłam do piekła. od tamtego czasu nienawidzę samolotów. gdy je widzę, gdy je słyszę, płaczę, jak bardzo małe i bardzo bezbronne dziecko.
można mnie pozamiatać. można mnie już tylko pozamiatać.

