bardzo dziwnie jest spotkać się z kimś, kto cię nie nawidzi. tym dziwniej, gdy sprawia wrażenie osoby miłej i życzliwie usposobionej.
szkoda tylko, że siedzimy w miejscu tak sentymentalnym, tak cholernie przypominającym o tych wszystkich listopadach i grudniach i ciężko uwierzyć, że się na to zgodziłam.
jesteśmy znów w PRLu. przy tych samych stolikach. z tymi samymi, zwiędniętymi tulipanami. tyle tylko, że teraz jest jasno i słonecznie. wtedy zawsze było już po zmroku. zawsze piwo z sokiem malinowym. zawsze te same papierosy. i tym razem mamy te same papierosy. ty i ja. tak jakby zmieniono mi przy nich tylko człowieka.
ale każdy gest, każdy najmniejszy gest mi przypomina. i wtedy nie mogę. nie mogę tego wytrzymać, wytrzymać twego wzroku, który jest tak przeszywający, który mnie boli. i ten wyraz twarzy. całe dwie i pół godziny wielkiego stresu. na własne życzenie.
jesteśmy takie miłe, takie radosne i mamy tak wiele wspólnych tematów. ty mi radzisz, ja cię słucham i zastanawiam się, o co ci chodzi. trochę się boję. tym bardziej, że później dzwonisz od razu do koleżanki, która jest kimś bliskim dla mnie. i nie jest koleżanką. nie jest w ogóle kobietą.
idę pod tymi wszystkimi drzewami i zastanawiam się, jak to możliwe, że one tak stoją. tak radośnie stoją, rozpromienione w słońcu. szepczą między sobą, zaciekawione tym dniem i zdaje się, że ja też tak umiem. ale nie z tobą. nigdy się ciebie nie nauczę. nie nauczę się też tego, by eliminować te wszystkie bagna zamiast pogrążać się w nich jeszcze bardziej, być jeszcze dogłębniej, żeby się w nich nie topić.
ale to niemożliwe. to wszystko jest niemożliwe. zwłaszcza to, że jeszcze będzie dobrze. bo dobrze nie będzie. jest źle albo co najwyżej nijak. i trochę mnie to martwi i smuci. trochę nie daje spokoju i trochę sobie z tym nie radzę.
nie radzę sobie. z tymi trzema minutami i piętnastoma sekundami, które zmieniły moje życie tak drastycznie. i jeszcze te słowa. słowa są najgorsze. przykleiły się i nie jestem w stanie ich oderwać. nie mam aż takiej siły, aż tak wiele siły.
i krzyczę. krzyczę tak z całych sił. bo nie radzę już sobie. ale ten krzyk jest bezgłośny. jak te drzewa, gdy śpią. jak ta podłoga, gdy nikt po niej nie stąpa. jak ta cisza, która mnie miażdży.
wypalam. papierosa. siebie. resztki duszy, które zostały. druga część jest w Tomaszowie. w bardzo ładnym, dużym domu. w tym domu są też tulipany. czerwono-żółte. te, które lubię najbardziej.
mam wrażenie, że to klęska. i mam wrażenie, że to nie tylko wrażenie.
nienawidzę takich oczu, których spojrzenia nie umiem znieść ani nawet z całych sił wytrzymać. ani słów, które mnie zabijają. nienawidzę tego uczucia, które powoduje, że nie mam czym oddychać, bezsilności, która mnie dusi. dusi mnie tak mocno i szczerze. i się duszę. skoro już muszę.
to przynajmniej tyle.
zostaw komentarz