mówisz mi, że spotkamy się w sobotę, że w piątek pojedziemy nad morze albo w góry. i ja ci wierzę. wierzę tak mocno, całą sobą. piątek, popołudnie: cisza, sterta pretensji, bo coś śmiało być niezależne ode mnie, bo są terminy, których przekroczyć się nie da. i ja nadal wierzę, że mi się nie wydawało, że tym razem znikania nie będzie.
nie mogę tego czytać. jezu. kiedy tak siedzę i słyszę tę ciszę wydaje mi się, że moja głowa zaraz mi pęknie. i ona tak bardzo chce to zrobić i nie może. obie czujemy wielki ból. i obrzydza mnie to. ta cała wizja brudu na ścianach po wielkich wybuchach. i nie mogę. naprawdę nie mogę.
pamiętam. jak byłam mała i chodziłam z obdartymi kolanami. i mam wrażenie, że tym razem będzie tak samo, jezu. że to znowu będą te rany, które nie będą się goiły przez lata, które co roku, latem, będą wracały. i to są takie rany. odnawiają się. co kilka miesięcy.
stoję na balkonie. patrzę. patrzę i słucham. i słyszę ciszę. czuję ją sobą, całą sobą. tak dogłębnie, że boli mnie głowa. trzynaście butelek wina, to liczba bardzo nieszczęśliwa. tak bardzo, jak my wszyscy.
kiedyś to było inaczej. była babcia, dwie babcie, z czego jedna była taka na pół. taka na akurat. i się do niej jechało, siadało na małym zydelku i patrzyło przez okno. tam dopiero była cisza. w tym jednym pokoju i kuchni. tak nawet drzewa milczały, żeby nie zakłocić tej ciszy. ale to inna cisza. taka miękka, gładka, delikatna.
wwierca mi się w głowę. i tak mnie kręci od wewnątrz i boli mnie. bardzo boli mnie głowa. od tej ciszy, nieznośnej, tej jedynej. bierzemy te swoje kieliszki, napełniamy je winem, które się nie kończy. włączamy bardzo głośno muzykę, żeby zagłuszyć tę ciszę. a ona jest. ona nadal jest i porasta nam głowy sobą. wije się od ucha do ucha. coś się skręca, coś wewnatrz, w tobie, we mnie, w nas. i ta cisza jest taka nieznośna. jest taka czarna i głucha.
stoimy na balkonie. oddychamy. ale ciagle tą ciszą. ta ciszą nieznośna. a ona się wwierca w głowę. kłuje. ona boli. rani i czuję, czuję, jak bardzo wycieka ze mnie.
leżę. leżę na łóżku i patrzę się w sufit. sufit mamy biały, zwyczajny. i patrzę na ten sufit i mam wrażenie, że ten sufit jest tak blisko, że mnie dotyka, że nawet nie drga. ten sufit jest. jak ta cisza. jest tak samo. taki biały. przeraźliwie biały i jest nade mną. ciągle nade mną. zamyka tę ciszę. tę ciszę nieznośną.
milczymy. tą ciszą nieznośną.
zostaw komentarz