little girl

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 24, 2009

kiedy stałam na 31. piętrze hotelu, patrząc na to całe ohydne bagno z góry, czułam, jak mała jestem. jak bardzo nie mam tu szans. to takie miażdżące uczucie: być na szczycie i czuć, jak spada się na sam dół z przeolbrzymią prędkością. jeszcze nigdy nie poczułam tego tak dotkliwie. i jeszcze nigdy tego nie zobaczyłam. tak wyraźnie, przejrzyście. wszystko jak na dłoni. na oknie. przez okno. za oknem.

z jednej strony wolność – nieograniczona, nieskrępowana wolność, z drugiej – absolutne zmiażdżenie. widać było niebo. takie piękne niebo. słońce nurzające się w chmurach. ciemnoniebieskie niebo przecięte pomarańczową smugą zachodzącego słońca. piękne. niesamowite. widać było to wszystko, czego nie sposób zapamiętać, poznać, zrozumieć.

smutek. nieokiełznany smutek i poczucie pustki. absolutnej. jedynej. nie ma nic gorszego. pustka.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 21, 2009

środa

znowu przyjeżdżam do Ciebie. wchodzę do czterogwiazdkowego hotelu. czekam w hallu. strasznie nie lubię tego miejsca. zjeżdżasz na dół. wchodzę z Tobą do windy. jedziemy na trzecie piętro. pokój 302. znowu się boję. nie chcę tam być. boję się Ciebie. rozmawiasz normalnie. rozmawiamy. ale nie jest mi dobrze. siedzę zestresowana i zdenerwowana. widzę, jak zmienia się wyraz Twojej twarzy. widzę smutek, rozdrażnienie, niepokój. wiem, że mój los uzależniony jest od małej, plastikowej karty, którą zamykają się drzwi.

nie wiesz, jak się boję. jak bardzo nie chcę tam być. czuję się odpowiedzialna. przywożę tabletki, których nie bierzesz. chcesz napić się wina. i ja wiem, dlaczego chcesz to zrobić.

wychodzimy. spacerujemy tymi samymi ulicami. lądujemy w lokalu. a ja się boję.

wracam do domu. pękam. kolejny raz tego dnia. zamykam się w kuchni. płaczę.

nikt nie może mi pomóc. można jedynie powiedzieć będzie dobrze ale nie ma takiej pewności. po prostu nie ma. nie ma.

bezsilność

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 20, 2009

niedziela

spotykamy się w przyjemnej restauracji. dawno się nie widziałyśmy. po takim czasie wino zawsze smakuje lepiej. jesteśmy tylko trzy. rozmawiamy, śmiejemy się, jest nam bardzo dobrze. kończy się wino. zmieniamy lokal. snujemy się powoli przez zmęczone centrum warszawy. światła uśmiechają się do nas spod stojących przy drodze latarni. idziemy chmielną. sushi bar okazuje się świetnym miejscem. przyciemnione światła, leniwie sącząca się z głośników muzyka, przecudowny wystrój. zamawiamy wino. 199 zł za butelkę. ciężko mi w to uwierzyć, ale dowiaduję się o cenie dopiero po fakcie. wydelegowana do degustacji unoszę napełnioną w niewielkim stopniu lampkę i… rozpływam się. pierwszy raz piję tak pyszne, a jednocześnie delikatne, wino. zapach, smak, kolor – zniewalające. nadal jest nam dobrze. w końcu nie na co dzień kraków bywa w warszawie. w pewnym momencie wszystko się sypie. pojawiają się nerwy, niezrozumienie, krótkie spięcie. trochę się martwię, bo w zasadzie nie wiem, jak reagować. jedna z nas wychodzi. zostajemy same, dwie. nadal tego nie rozumiemy. ale dopijamy wino, znów trafiamy do metro jazz clubu. tam już gin z tonikiem, herbata. spędzamy tam zaledwie kilkanaście minut i rozstajemy się. dostaję pieniądze na taksówkę, które ostatecznie się nie przydają i docieram do domu.

jestem taka szczęśliwa, że wreszcie się udało, że tyle miesięcy się nie widziałyśmy, że było tak świetnie. tryskam energią, jest tak, jak dawno już nie było.

poniedziałek

wracam do domu o 21. 21.19 – wiadomość - żegnaj i wybacz. próbuję podejść do tego trzeźwo, próbuję wytłumaczyć sobie, że to chwilowe nerwy, że chodzi o poprzednią noc. dostaję telefon, że muszę jechać i znaleźć Magdę. strasznie się denerwuję, nie wiem, gdzie mam szukać człowieka, który jest na pewno w centrum, ale nie wiem, w którym miejscu. dzwonię. ciągle dzwonię. telefon jest wyłączony. cisza. docieram do centrum. biegnę w deszczu, w największej ulewie, w środku burzy. rozmawiam przez telefon, przez który dostaję wskazówki. żadna z nich nie okazuje się trafna. docieram do hotelu. pan z obsługi zbywa mnie swym ironicznym usposobieniem. jestem w kropce. jesteśmy. wszystkie wiemy, że Magda jest gdzieś niedaleko, ale żadna z nas nie wie, gdzie. wsiadamy w taksówkę. jedziemy przez centrum. zero śladów. zero kontaktu. strach, ciemność, cisza. wysiadamy pod hotelem. znowu rozmawiamy z panem z obsługi, który znowu próbuje się nas pozbyć. chwała Bogu, że obok stał ktoś inny, bardziej rozgranięty. pomaga nam. doprowadza nas do ludzi, którzy widzieli Magdę. dzwonimy do pokoju. zguba się znalazła. wjeżdżamy na górę. jedna z nas wchodzi do pokoju. cisza. stoję sama na środku długiego hotelowego pokoju. panuje półmrok. jest cicho i pusto. strasznie się boję, bo nie wiem nadal, co się dzieje. wchodzę do środka.

doznaję szoku. pierwszy raz widzę człowieka w takim stanie.

biegnę po kawę. proszę ochroniarza o pomoc. a on nic. zupełnie. proponuje mi pogotowie. serdecznie mu dziękuję i wracam do pokoju. zjeżdżam na dół. kupuję napoje energetyzujące. wracam. wsiadam do windy pełnej żydów w mundurach. mówią coś do mnie. nie rozumiem. jadę, jedziemy. zdaje mi się, że to trzecie piętro znajduje się wyżej i dalej niż zwykle. jestem. wbiegam do pokoju. Magda nie może zasnąć. Magda musi wydalić wszystko, co wzięła. mamy pół godziny. trzydzieści minut, by doprowadzić człowieka do stanu używalności, byle nie trafił do szpitala. po piętnastu minutach muszę wyjść i porozmawiać – z ochroniarzem, z ludźmi ze szkolenia. jestem tym tak przerażona, że nie wiem, jakim cudem przekonuję ich wszystkich, że wszystko jest pod kontrolą, że tak już bywało, że wszystko wraca do normy. ulegają. dają się przekonać. jest lepiej. Magda zaczyna kontaktować. zbieram wszystkie znalezione tabletki. boję się. nie wiem, co robić. polegam na Tinie.

mija pół godziny. ochrona, szkolenie. kolejne rozmowy, dyskusje, przekonywania. udaje się.

zostaję sama z Magdą. jest już w lepszym stanie. wraca do siebie. jest zmęczona i widać, że chce spać. zaczyna opowiadać mi swoje życie. płacze. boję się, że znowu nastąpi kumulacja negatywnych emocji. słucham. cierpliwie słucham, bojąc się coraz bardziej. powieki opadają jej częściej i na dłużej. mówi coraz wolniej. zasypia.

jest 1. w nocy. opuszczamy hotel. idziemy do domu długą godzinę. jest zimno i wilgotno. głowa pęka mi od nadmiaru wrażeń i informacji.

wracamy. wchodzimy do uśpionego mieszkania. jest mi ciężko. nie umiem tego wszystkiego zrozumieć. nie jestem w stanie pomóc, choć bardzo chcę.

2.30 kładę się spać.

wtorek

dostaję informację o wielkiej złości w domu. mamy poważną rozmowę, której nie wytrzymuję. wychodzę. wsiadam w metro, znów jestem, w centrum. metro jazz club, Tina. dzisiaj dostanę tabletki, które będę musiała dozować Magdzie. spotykamy się. Magda jest dla mnie przemiła, wobec Tiny staje się zimna i oschła. nie chce jej widzieć, słyszeć. wjeżdżamy na górę. dostaję czerwonego goździka. jest piękny. rozmawiamy. Magda się śmieje. a ja.. ja tak bardzo się boję tych dziesięciu dni, w których jej los będzie w moich rękach. to mnie przerasta. nigdy nie byłam za nikogo tak bardzo odpowiedzialna. nie umiem sobie tego wyobrazić. tego, że znowu może się coś stać. że znowu w środku nocy dostanę telefon z bardzo złą nowiną. próbuję pozorować spokój, ale przychodzi mi to z coraz większym trudem.

schodzimy. rozstajemy się w hallu. muszę iść do baru. znowu rozmawiam z Tiną. zaczyna płakać. nie jestem w stanie udźwignąć tego ciężaru. nie wiem, jak mam zareagować. uciekam. wykręcam się spotkaniem i znikam.

wracam do domu. czuję się fatalnie. w torbie mam opakowanie leków, od których zależy czyjś stan. w głowie zupełny mętlik, bo ciągle funkcjonuję na linii warszawa-kraków-ełk. ciągle słyszę sprzeczne informacje, mylne komunikaty. ciągle zastanawiam się, jak mam się zachować, co powiedzieć, kiedy milczeć.

nie wytrzymuję. to mnie przerosło. staram się zadzwonić do jedynego człowieka, który byłby w stanie mi pomóc. w słuchawce słyszę głuchy odgłos sygnału. i ciszę.

zostaję zupełnie sama. wokół jest mnóstwo ludzi. ale tak naprawdę nikt nie jest w stanie pomóc. choćby nawet bardzo chciał.

nie wiem, co robić. boję się. nienawidzę ponosić za coś tak wielkiej odpowiedzialności. ona mnie przytłacza. miażdży. chcę już 30. maja. chcę końca tego piekła.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 9, 2009

ona była w pociągu, on bardzo daleko.

dzisiaj jest mi tak przeraźliwie smutno. skręciłam się w kłębek i płakałam. całą sobą. każdą cząstką ciała. zamknęłam się w łazience. osunęłam na podłogę. siedziałam w czterech białych ścianach. sama. siedziałam sama. z tą ciszą nieznośną. sama w czterech ścianach.

dusza porasta nam trawą. zeschłą, brązową trawą. ta trawa jest sucha. wyrasta już sucha.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 9, 2009

bardzo dziwnie jest spotkać się z kimś, kto cię nie nawidzi. tym dziwniej, gdy sprawia wrażenie osoby miłej i życzliwie usposobionej.

szkoda tylko, że siedzimy w miejscu tak sentymentalnym, tak cholernie przypominającym o tych wszystkich listopadach i grudniach i ciężko uwierzyć, że się na to zgodziłam.

jesteśmy znów w PRLu. przy tych samych stolikach. z tymi samymi, zwiędniętymi tulipanami. tyle tylko, że teraz jest jasno i słonecznie. wtedy zawsze było już po zmroku. zawsze piwo z sokiem malinowym. zawsze te same papierosy. i tym razem mamy te same papierosy. ty i ja. tak jakby zmieniono mi przy nich tylko człowieka.

ale każdy gest, każdy najmniejszy gest mi przypomina. i wtedy nie mogę. nie mogę tego wytrzymać, wytrzymać twego wzroku, który jest tak przeszywający, który mnie boli. i ten wyraz twarzy. całe dwie i pół godziny wielkiego stresu. na własne życzenie.

jesteśmy takie miłe, takie radosne i mamy tak wiele wspólnych tematów. ty mi radzisz, ja cię słucham i zastanawiam się, o co ci chodzi. trochę się boję. tym bardziej, że później dzwonisz od razu do koleżanki, która jest kimś bliskim dla mnie. i nie jest koleżanką. nie jest w ogóle kobietą.

idę pod tymi wszystkimi drzewami i zastanawiam się, jak to możliwe, że one tak stoją. tak radośnie stoją, rozpromienione w słońcu. szepczą między sobą, zaciekawione tym dniem i zdaje się, że ja też tak umiem. ale nie z tobą. nigdy się ciebie nie nauczę. nie nauczę się też tego, by eliminować te wszystkie bagna zamiast pogrążać się w nich jeszcze bardziej,  być jeszcze dogłębniej, żeby się w nich nie topić.

ale to niemożliwe. to wszystko jest niemożliwe. zwłaszcza to, że jeszcze będzie dobrze. bo dobrze nie będzie. jest źle albo co najwyżej nijak. i trochę mnie to martwi i smuci. trochę nie daje spokoju i trochę sobie z tym nie radzę.

nie radzę sobie. z tymi trzema minutami i piętnastoma sekundami, które zmieniły moje życie tak drastycznie. i jeszcze te słowa. słowa są najgorsze. przykleiły się i nie jestem w stanie ich oderwać. nie mam aż takiej siły, aż tak wiele siły.

i krzyczę. krzyczę tak z całych sił. bo nie radzę już sobie. ale ten krzyk jest bezgłośny. jak te drzewa, gdy śpią. jak ta podłoga, gdy nikt po niej nie stąpa. jak ta cisza, która mnie miażdży.

wypalam. papierosa. siebie. resztki duszy, które zostały. druga część jest w Tomaszowie. w bardzo ładnym, dużym domu. w tym domu są też tulipany. czerwono-żółte. te, które lubię najbardziej.

mam wrażenie, że to klęska. i mam wrażenie, że to nie tylko wrażenie.

nienawidzę takich oczu, których spojrzenia nie umiem znieść ani nawet z całych sił wytrzymać. ani słów, które mnie zabijają. nienawidzę tego uczucia, które powoduje, że nie mam czym oddychać, bezsilności, która mnie dusi. dusi mnie tak mocno i szczerze. i się duszę. skoro już muszę.

to przynajmniej tyle.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 8, 2009

mówisz mi, że spotkamy się w sobotę, że w piątek pojedziemy nad morze albo w góry. i ja ci wierzę. wierzę tak mocno, całą sobą. piątek, popołudnie: cisza, sterta pretensji, bo coś śmiało być niezależne ode mnie, bo są terminy, których przekroczyć się nie da. i ja nadal wierzę, że mi się nie wydawało, że tym razem znikania nie będzie.

nie mogę tego czytać. jezu. kiedy tak siedzę i słyszę tę ciszę wydaje mi się, że moja głowa zaraz mi pęknie. i ona tak bardzo chce to zrobić i nie może. obie czujemy wielki ból. i obrzydza mnie to. ta cała wizja brudu na ścianach po wielkich wybuchach. i nie mogę. naprawdę nie mogę.

pamiętam. jak byłam mała i chodziłam z obdartymi kolanami. i mam wrażenie, że tym razem będzie tak samo, jezu. że to znowu będą te rany, które nie będą się goiły przez lata, które co roku, latem, będą wracały. i to są takie rany. odnawiają się. co kilka miesięcy.

stoję na balkonie. patrzę. patrzę i słucham. i słyszę ciszę. czuję ją sobą, całą sobą. tak dogłębnie, że boli mnie głowa. trzynaście butelek wina, to liczba bardzo nieszczęśliwa. tak bardzo, jak my wszyscy.

kiedyś to było inaczej. była babcia, dwie babcie, z czego jedna była taka na pół. taka na akurat. i się do niej jechało, siadało na małym zydelku i patrzyło przez okno. tam dopiero była cisza. w tym jednym pokoju i kuchni. tak nawet drzewa milczały, żeby nie zakłocić tej ciszy. ale to inna cisza. taka miękka, gładka, delikatna.

wwierca mi się w głowę. i tak mnie kręci od wewnątrz i boli mnie. bardzo boli mnie głowa. od tej ciszy, nieznośnej, tej jedynej. bierzemy te swoje kieliszki, napełniamy je winem, które się nie kończy. włączamy bardzo głośno muzykę, żeby zagłuszyć tę ciszę. a ona jest. ona nadal jest i porasta nam głowy sobą. wije się od ucha do ucha. coś się skręca, coś wewnatrz, w tobie, we mnie, w nas. i ta cisza jest taka nieznośna. jest taka czarna i głucha.

stoimy na balkonie. oddychamy. ale ciagle tą ciszą. ta ciszą nieznośna. a ona się wwierca w głowę. kłuje. ona boli. rani i czuję, czuję, jak bardzo wycieka ze mnie.

leżę. leżę na łóżku i patrzę się w sufit. sufit mamy biały, zwyczajny. i patrzę na ten sufit i mam wrażenie, że ten sufit jest tak blisko, że mnie dotyka, że nawet nie drga. ten sufit jest. jak ta cisza. jest tak samo. taki biały. przeraźliwie biały i jest nade mną. ciągle nade mną. zamyka tę ciszę. tę ciszę nieznośną.

milczymy. tą ciszą nieznośną.

powietrze

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 3, 2009

Noszę sobą
jakieś swoje własne
miejsce.
Kiedy je stracę,
to znaczy, że mnie nie ma.

pierwszy raz…

Opublikowany w myself przez faairy w dniu maj 1, 2009

…brałam udział w wypadku samochodowym, w którym narażone było moje życie. moje i czterech innych osób. gdy prosto na stronę, po której siedzisz, jedzie rozpędzony tir, a alternatywą jest to, że wjeżdżasz w pas samochodów ciągnący się po wysokim wiadukcie, widzisz, że masz marne szanse. gdy dołożysz do tego fakt niezapiętych pasów i dużo za dużej prędkości, okazuje się, że masz cholerne szczęście, że lądujesz na jakiejś barierce. tylko masz problem z pozbieraniem siebie. bo w takich ułamkach sekund, czujesz, jak to jest, gdy widzisz, że NAPRAWDĘ się kończysz.

a gdy od razu po tym masz do pokonania jeszcze kilkaset kilometrów, nie masz pojęcia, jak ciężko jest nawet pomyśleć o jeździe samochodem. i zaciskasz mocno zęby i jedziesz. mimo, iż czujesz, że zaraz zwymiotujesz. zbierasz wszystkie swoje siły i jakoś żyjesz. i wtedy widzisz coś jeszcze gorszego. zbliżające się zderzenie czołowe. wszystko przez to, że ktoś nie wymierzył odległości, jaka powinna mu starczyć na wyprzedzanie i wyminięcie ciebie. i znów hamowanie, pisk opon, przeolbrzymi strach i okazuje się, że żyjesz. z taką różnicą, że nie wiesz, jak wrócić do miasta, z którego jechałeś, nie posługując się niczym, co jeździ.

wchodzisz do domu i musisz być uśmiechnięty. przecież nie opowiesz wszystkiego rodzicom. umarliby ze strachu przy każdej kolejnej podróży. i nie wiesz tak naprawdę, dlaczego to wszystko się stało, dlaczego zakończenia były takie, a nie inne i dlaczego akurat ty miałeś tak cholerne szczęście.