little girl

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 28, 2009

chyba niewiele rzeczy boli mnie bardziej niż fakt, że ktoś tuż przede mną odwraca głowę w drugą stronę, bądź patrzy dość tępym wzrokiem

i te ręce, te ręce…

mój wzrok wbił się w chodnik, walizki leżą porozrzucane po całym pokoju i nie umiem ich zapełnić. można powiedzieć całą tabliczkę mnożenia na jednym wydechu, a udusić się w sekundę.

ostatki niedostatki

.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 25, 2009

widokówka

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 25, 2009

to ostatnie dni tutaj.  nie chcę stąd znikać. nie chcę nowych miejsc. nie chcę muranowa. teraz 3 prystanki tramwajowe dzielą mnie od mojego bagna. tam będą to 3 minuty pieszo. przecież tam będą te parki, menory, te same ulice. to wszystko, na co ciężko będzie mi patrzeć każdego dnia. każdy ranek, każda trasa.

jestem przesycona światłem. boli mnie każdy dźwięk. nocą śnią mi się koty. jest zielono, a ta zieloność aż gryzie, szczypie. drapie mnie fortepian i drapią mnie myśli. do krwi. do bólu. balkon zdaje się być taki miękki, jego kąty takie przyjemne. zwijam się w jednym z nich. słońce głaszcze mnie po twarzy swymi parzącymi dłońmi. jest mi tak przeraźliwie zimno. kulę się bardziej i nie wiem, co zrobić później. upijam się cytrynowym vermouthem i wszystko jest mi obojętne. myślę sobie. o tobie. o swojej głowie. w której coś szura. cierpnie mi skóra. spada temperatura. rozpęta się wichura. a przecież przyszła wiosna. taka radosna. ponoć najpiękniejsza, najcieplejsza, najprzyjemniejsza. ponoć nie szara. ale tego nie widzę. i trochę się tego wstydzę.

Widzę jak owszem
Widzę jak owszem
To bez znaczenia i to nieistotne
Jak wszystko waży mniej i nie przybliża się
Widzę jak małe, nieidealne
Nocne niebo o ile znaczy mniej,
Nie urodzajne, nie nawołuje mnie
Widzę jak owszem, to nieistotne
Nieważne, niepiękne, wyblakłe i
To nie istotne z perspektywy absolutu

.

Opublikowany w bubu, nic, zle przez faairy w dniu kwiecień 23, 2009

każdego dnia coraz bardziej boję się dzwonić do domu. boję się usłyszeć jedną z najtragiczniejszych informacji. i pierwszy raz bezsilność przerosła wszystkich. jednocześnie.

próbuję się ratować. wychodzę z siebie. uciekam. do parku. do tramwaju. idę do domu najdłuższą z możliwych dróg. żeby tylko nie myśleć. żeby MUSIEĆ się jakoś trzymać. w domu jestem już tylko w kawałkach. zamykam się. sama. załamana. zdruzgotana.

pustki

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 22, 2009

nie rozumiem zbytnio powodu całej lawiny nieszczęść ostatniego tygodnia. od soboty mam wrażenie, że jednym z następnym telefonów będzie informacja o końcu świata.

i tak naprawdę boli mnie to, że ludzie, którzy są naprawdę blisko, nie widzą tego, że nie masz już sił, że nie jesteś w stanie pozbierać się z tego proszku, w który się zmieniłeś, żeby móc poukładać ich życie. kiedy w grę wchodzi czyjeś życie, a tym razem dzieje się to podwójnie, a nawet potrójnie, nie ma spraw ważniejszych. nie interesuje, naprawdę nie interesuje mnie teraz nic innego. mam problem, żeby wysiedzieć przez 1,5 godziny każdych zajęć, nie pękając w międzyczasie. mam problem, żeby przyswoić jakiekolwiek nformacje, bo moje myśli są prawie 300 km stąd. i ta cholerna bezsilność powoduje, że nie mam co ze sobą zrobić. ludzie mogą powiedzieć co najwyżej ojej, może będzie dobrze. i mają cię gdzieś. mam awersję do ludzi. robi mi się niedobrze, gdy myślę o tych wszystkich, którym dedykuję ten post, do których uśmiecham się resztkami sił, żeby tylko było tak, jak chcą, żeby mieć święty spokój i chyba też żeby dobić się, widząc ich nieograniczoną beznadziejność.

człowiek jest zdany wyłącznie na siebie. i już nie wierzę w te wszystkie cudownie dobre intencje, wielkie gadki z wieloma pustymi wielkimi słowami, w te uśmiechy i zapewnienia. jest się samemu z Tym Wszystkim. nikt nawet nie chce zrozumieć.

to przykre. nadzieja dogasa, jak te wszystkie puszczone z dymem papierosy.

.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 21, 2009

Widzę krzesło – myślę – krzesło – kończę się.

o życiu

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 19, 2009

Kiedy człowiek chwyta swoje szczęście po trochu, po kawałku, a potem je traci, tak jak ja, to w końcu ordynarnieje, robi się zły…

Tuzenbach
(pokazuje jej palec)
Proszę, może pani się śmiać. (do Wierszynina) Nie tylko za dwieście czy trzysta, ale nawet za
milion lat życie będzie takie jak było. Życie jest wciąż takie samo, pozostaje niezmienne, a
rządzi się własnymi prawami, które nas niewiele obchodzą, bo chyba nigdy nie poznamy ich
do głębi. Wędrowne ptaki, na przykład żurawie, lecą sobie i lecą i gdyby nawet były zdolne
do jakichkolwiek myśli, obojętnie, wielkich czy małych, to i tak muszą lecić, nie wiedząc,
dokąd i po co. Ptaki lecą i będą lecieć, choćby nawet wśród nich roiło się od Bóg wie jakich
filozofów. Niech filozofują, ile chcą, byle tylko leciały…
Masza
A sens?
Tuzenbach
Sens… Proszę, śnieg pada. Jaki w tym sens? (pauza)
Masza
Mnie się zdaje, że człowiek powinien być wierzący, przynajmniej powinien szukać wiary, bo
inaczej pustka, pustka… Żyć i nie wiedzieć, po co lecą żurawie, po co rodzą się dzieci, po co
są gwiazdy na niebie… Albo trzeba wiedzieć, po co się żyje, albo wszystko to fraszka, funta
kłaków niewarte. (pauza)
Wierszynin
A jednak szkoda, że młodość minęła…
Masza
Gogol mówi: jak nudno żyć na tym świecie, proszę państwa!

/A. Czechow, Trzy siostry/

jeśli wiesz

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 3, 2009

i tylko te dwie olbrzymie książki dają mi pewność, że jeszcze kiedykolwiek Cię zobaczę

wtorek

Opublikowany w myself przez faairy w dniu kwiecień 1, 2009

wtorek zawsze jest dniem zawieszenia między poniedziałkiem a środą między już a jeszcze. wykład, na którym nie byłam, ankieta, za którą dali mi ptasie mleczko i czekoladę, ja, z którą sobie nie radzę, pretensje dziewczyny, która nawet mnie nie zna, chłód profesora, którego nienawidzę, zdenerwowanie, którego nie opiszę i Irmina, która przyjeżdża do ciebie prosto z Bielan. im dłużej chodzę ulicami tego miasta, tym bardziej czuję, że tak strasznie go nienawidzę.

łzy, które spadają same

książka, która się sama nie przeczyta, sen, który sam się nie wyśni, na który nie ma już czasu, cisza, która dzwoni mi w uszach, smutek, który mnie obezwładnia. dzisiaj jest takie, że tylko wyjść i nie wrócić.

od 7.15 do soboty nie istnieję.