coraz częściej ocieram się o granice absurdu. wydaje się, że kilka ulic dalej uda się uciec, zgubić to wszystko za sobą i będzie można oddychać. ale to tylko chwilowe złudzenie. nie da się zgubić kawałka siebie, który akurat dzisiaj mi nie pasuje. łąka bez kwiatów nie jest tak piękna, a kwiaty bez chwastów nie pozwalają zachwywać się tak bardzo, jak wtedy, gdy widoczny jest kontrast. i nie ma życia bez kontrapunktów i tylko antypowieści nadają tu sens.
tonę pod kartkami. na własne życzenie. paradokasalnie, by spełnić swoje życzenie. w całej szarej bezkształtnej masie tylko to, co nie będzie szare, stanie się dostrzegalne. grunt, by forma nie przerosła treści, a pomysł nie wyczerpał się na drugim akapicie. w morzu banału łatwiej jest tonąć. wtedy nawet kałuża wystarczy.
tymczasem w starym peerelowskim lokalu siedzą starsi panowie i starsze panie. uśmiechają się do siebie znad swoich poszarzałych koszuli. pijemy piwo z sokiem. za nami układają tory. mówimy o tym, co się dzieje. i to jedyne momenty, kiedy wiem, że mam teraz we własnym posiadaniu.
wychodzimy. pada deszcz, jest dużo chłodniej i ciemniej. chociaż – czy noc na różne kolory? czy może być ciemno i ciemniej? wszędzie jest pusto. biegamy po deszczu obok siebie, przeskakując przez tory tramwajów. palą się zielone i czerwone światła. wskakujemy w sam środek głębokiej kałuży i chyba te mokre stópki powodują, że uśmiech jest jeszcze większy.
pierwszy raz od dawna uśmiecham się pewniej. nie wracam smutna. tylko ta cisza… jeszcze trochę gryzie. dobrze, że ulice są tu ruchliwe. ciągle coś szumi i zawodzi. zwodzi?
zostaw komentarz