koncert życiem
obudziłam się dziś ze spuchniętymi oczami. ponad godzinę nerwowo zmieniałam kompresy z herbatą, żeby tylko nie było widać, żeby nie pamiętać, żeby czuć, że dziś jest dziś, a nie wczoraj. i nie udało się. było widać, pamiętało się, czuło się wczoraj niespane do 3 rano. potem, ledwo stojąc, na chwiejących się ze strachu nogach, zawędrowałam tam, gdzie nigdy nie powinnam wchodzić. i stało się. słowo ciałem się stało. dało mi z plaskacza w twarz i wyrzuciło. takie to słowa teraz – niesforne i niepoukładane emocjonalnie. i silne, bardzo silne. bo kiedy na policzku zostaje ślad, znaczy, że bolało. a to akurat boli, bardzo boli. dwie chłodzące strużki, ściekające po policzku, nie pomogły.
idąc dziś ulicami warszawy, nie widziałam, że idę. czułam się, jakbym stała w miejscu, które się cofa. ucieka mi spod stóp. czerwone światła znikły, samochody stały się niewidzialne. podobno nawet padało. i z góry zlatywał osuwający się z budynków śnieg. dzisiaj nie czułam, że mam nogi, którymi władam, że mam coś więcej niż przepełniającej mnie pustki, którą próbowałam zapełnić.
pustka opróżniła się sama. i jest teraz Pustką Absolutną. mam wrażenie, że dzisiaj było snem. życzę sobie tego, żeby to wrażenie okazało się faktem. życzę sobie, żeby wszystkie trzecie piętra warszawy zniknęły. życzę sobie, żebym dużo rzadziej się ślizgała, a częściej czuła, że panuję nad gruntem pod nogami. życzę sobie jaśniejszych świateł i słoików, w których zmieści się cały świat, z każdym jego promykiem.
zostaw komentarz