little girl

koncert życiem

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 23, 2009

obudziłam się dziś ze spuchniętymi oczami. ponad godzinę nerwowo zmieniałam kompresy z herbatą, żeby tylko nie było widać, żeby nie pamiętać, żeby czuć, że dziś jest dziś, a nie wczoraj. i nie udało się. było widać, pamiętało się, czuło się wczoraj niespane do 3 rano. potem, ledwo stojąc, na chwiejących się ze strachu nogach, zawędrowałam tam, gdzie nigdy nie powinnam wchodzić. i stało się. słowo ciałem się stało. dało mi z plaskacza w twarz i wyrzuciło. takie to słowa teraz – niesforne i niepoukładane emocjonalnie. i silne, bardzo silne. bo kiedy na policzku zostaje ślad, znaczy, że bolało. a to akurat boli, bardzo boli. dwie chłodzące strużki, ściekające po policzku, nie pomogły.

idąc dziś ulicami warszawy, nie widziałam, że idę. czułam się, jakbym stała w miejscu, które się cofa. ucieka mi spod stóp. czerwone światła znikły, samochody stały się niewidzialne. podobno nawet padało. i z góry zlatywał osuwający się z budynków śnieg. dzisiaj nie czułam, że mam nogi, którymi władam, że mam coś więcej niż przepełniającej mnie pustki, którą próbowałam zapełnić.

pustka opróżniła się sama. i jest teraz Pustką Absolutną. mam wrażenie, że dzisiaj było snem. życzę sobie tego, żeby to wrażenie okazało się faktem. życzę sobie, żeby wszystkie trzecie piętra warszawy zniknęły. życzę sobie, żebym dużo rzadziej się ślizgała, a częściej czuła, że panuję nad gruntem pod nogami. życzę sobie jaśniejszych świateł i słoików, w których zmieści się cały świat, z każdym jego promykiem.

kap

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 22, 2009

kulę się z zimna. siódmy dzień z rzędu patrzę się przez okno. nie robię nic innego. patrzę się przez okno. marznę. siódmy dzień z rzędu. nie widzę wyjścia. a to okno jest zamknięte. siódmy dzień z rzędu.

płaczę. boję się. marznę. siódmy dzień z rzędu. dwudziesty pierwszy rok z rzędu.

dobra rada: usuwaj wszelkie teksty znajomych

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 19, 2009

przeczytałam właśnie wspomnienie jednego ze znajomych, będących podsumowaniem jednego z aspektów jego dotychczasowego życia. jestem zdruzgotana, potłuczona i czuję, że to o 7 stron za wiele. jest mi ciężko uwierzyć w to, czego się dowiedziałam. dotychczas miałam jedynie sporo domysłów, które bardzo ale to bardzo chciałam odsunąć na bok. których chciałam nie widzieć. o których chciałam nie wiedzieć. i udawało się. nie widziałam, nie wiedziałam. ale przyszły na adres mailowy. dziękuję bardzo, nigdy więcej nie chcę niczego, co napisze ktokolwiek znajomy. nigdy więcej.

teraz nawet nie wiem, co czuję. ale widzę obok siebie olbrzymi schemat, który realizuje się cyklicznie. i jestem w bardzo niebezpiecznej pozycji. na chwilę. już zaraz zniknę. jak to w schemacie. jak we wzorze. podstawiają cię, gdy tylko się da. chwilę później zastępują konkretną cyferką. i nie ma cię. nie ma. znikasz. nik nik…

półrocznice

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 14, 2009

nie lubię słyszeć niektórych słów wypowiedzianych wprost. wbitych prosto w moje kruche serce, które pod ich wpływem pęka jeszcze szybciej. kulę się wtedy w sobie i oglądam film zrobiony naprędce w mojej głowie. słyszę dużo trzasków pomiędzy kolejnymi klatkami. od nich pęka mi głowa. zakrywam uszy dłońmi, żeby się od tego odciąć, ale wtedy nie mam jak wytrzeć łez.
jestem sama. patrzę na podsumowanie ostatnich sześciu miesięcy. bilans absolutnie ujemny. kolejne bagno, jeszcze większy chaos i cała szafa igieł. do zastrzyków przeciwbólowych, przeciwzapalnych, przeciwwspomnieniowych. i zastanawiam się ciągle, czy jeśli zawinę się na przykład w szlafrok, odetnę się od tego wszystkiego?
sześć miesięcy szczęścia, o którym czytam to dużo za dużo na moje dwadzieścia jeden lat. nie umiem tego znieść, cieszyć się tym, ani nawet przejść obok tego obojętnie.
uczę się sumiennie znieczulicy. codziennie jeden rozdział z poradnika pani Helenki.
co z tego, jak nawet najszarsza szarość nie jest w stanie wpędzić mnie w taki stan jak cyfra 6. czytana w dzień urodzin.

za sześć miesięcy. sześć pięknych miesięcy rozpaczy i żalu. sześć najciemniejszych miesięcy dwudziestu jeden lat.

21.

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 12, 2009

urodziny. nie jest wesoło. nie jest kolorowo.
zimno, szaro, pusto i cicho.

sny

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 9, 2009

nie śnią się przypadkowo. mój śni o Tobie w dzień półrocznicy Twego szczęścia. krzyczysz w nim na mnie, jesteś zdenerwowany, rzucasz pieniędzmi. nie wiem, gdzie to się dzieje, bo wygląda na augustów zmieniony na warszawę. może nie ma tam palmy, ale jest ten specyficzny klimat. i dużo zabieganych ludzi. i dużo hałasu. ludzi jest mnóstwo, a jednocześnie czuć pustkę wokół.

nie lubię swoich snów. one zawsze znaczą. coś, nic, mało, wiele. i tylko Dominik umie je tłumaczyć. i ja nie lubię poznawać ich znaczenia, od którego podświadomie się odcinam. i jeszcze bardziej nie lubię widzieć, jak się aktualizują w rzeczywistości.

dziś osiągnęłam apogeum lenistwa. poczułam przesyt lenistwem, na które niechcący się skazałam. nie wzięłam aparatu, kabla usb, płyty z photoshopem, laptopa. i kiedy już próbowałam wybrać się do biblioteki, zajrzałam na regał z książkami. ku mojemu zdziwieniu znalazłam na nim trzy niewidziane dotąd książki: dwa tomy utworów dramatycznych Czechowa i wiersze Białoszewskiego. wszystkie książki są cudownie stare, mają pożółkłe strony i proste okładki. wchłonęły mnie te dramaty. dawno nie czytałam niczego z tak wielkim zainteresowaniem(no, może poza “Nowelą szachową”, którą byłam zmuszona przeczytać w tempie ekspresowym, ale zostałam mile zaskoczona!).

Aguś, szykuj się na “Iwanowa” w Narodowym! :-)

poza wszystkim: jestem połamana i pokruszona. moja przeszłość mnie zamęczy.

polały się

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 7, 2009

Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski;
Polały się łzy me czyste, rzęsiste…

polały się i leją się nadal. nie mów mi, że będzie dobrze, bo tak nawet nie bywa

lala nie siala

Opublikowany w myself przez faairy w dniu luty 2, 2009

siedzę przed PeKiNem. kilka wieżowców porozumiewawczo mruga do mnie swymi czerwonymi światełkami, tramwaje suną przez ulice coraz rzadziej, jest coraz ciszej. mieszkanie też śpi. mrok wkradł się między wszelkie możliwe i niemożliwe szczeliny i powoli pod powieki zakrada się sen.

mam jeszcze tyle do zrobienia, tyle do przeczytania, nauczenia, przeanalizowania, że nie wątpię, że dwa dni to dużo za mało. nic nie jest w stanie mnie zdenerwować, zainteresować, oderwać myśli. nawet brak łóżka nie stanowi najmniejszego nawet problemu. jakbym została wrzucona do puchy z napisem POETYKA. i, mimo, iż stwierdziłam jakiś czas temu, że to jest naprawdę ciekawe, to zbyt duża dawka na raz. w połączeniu z maksymalną dawką adrenaliny i nienaturalnym stresem… jest kiepskawo.

żyję na walizkach, w walizkach i obok walizek. i gdy tak patrzę na nie wszystkie razem i wszystkie z osobna, nie daję rady nie dojść do wniosku, że, nie to nawet, że chcę, ani nie to, że marzę, po prostu Pragnę mieć własne mieszkanie! i świadomość, że walizka przyda się tylko raz na kilka tygodni, w dodatku jedna, niezbyt mała, ale też nie przeolbrzymia. że wrócę po kilku dniach i ona wyląduje na dnie szafy. że nie trzeba będzie pakować kilku lat w kilka pudeł i tachać je po raz kolejny. jak krzyż sprzed roku, kilkunastu miesięcy, czy lat. mam wrażenie, że to jakieś egzystencjalne deja vu. jakby to wszystko wracało: wiązało się w syntagmy, a potem układało się w strofoidy zamknięte rymem okalającym. słowem do niczego niepodobne. dająca się nieskładnie opisywać. taki triolet, w którym to i owo powtarza się w odpowiednim czasie i miejscu. no, no, i odpowiednim stylu.

jak to dobrze, że nie mam czasu na myślenie, analizowanie, odczuwanie bólu. kładę się na plecach, żeby to wszystko uleżeć, unieruchomić, odsunąć od siebie. a okazuje się, że plecy też można odmrozić.