popołudnia
w małym niepozornym barze siedzi dwoje ludzi. przenoszą się w czasy, które były i minęły. wnętrze jest wyjęte z PRL-u, obsługa też. są drewniane powycierane stoliki, chwiejące się krzesła, stare kafelki. na każdym stoliku stoi mały wazonik z tulipanami. nie jest tam zbyt jasno, raczej panuje delikatny półmrok.
co chwilę przychodzi ktoś nowy. starsi panowie też jakby wyjęci z tych czasów, samotna, przygarbiona pani, na której twarzy maluje się zmęczenie i chęć ucieczki od czegoś z wewnątrz. coraz częściej ktoś młody: studenci, nastolatkowie.
dwoje ludzi siedzi przy oknie. godziny szczytu: masa pędzących do domów ludzi, potrącanych staruszków i nienadążających za rodzicami maluchów. sunące leniwie tramwaje i tkwiące w korkach autobusy zdają się być poza tym wszystkim. wypchane do granic możliwości stadem neurotyków, rozhisteryzowanych dam i spóźniających się właśnie nastolatków, zdają się nie spieszyć.
mgła zdaje się przedzierać przez szczeliny między oknami. robi się siwo od dymu spalonych wspomnień, ciężko od smrodu wypitych kieliszków żalu i ostatnich resztek nadziei.
dwoje ludzi siedzi przy oknie. nie wyglądają na normalnych znajomych. tak wiele dzieli ich już na pierwszy rzut oka. ale oni uparcie siedzą w tym samym miejscu, nie ruszając się ani na krok. nie spieszą się, nie rozglądają niepotrzebnie.
dwoje ludzi siedzi przy oknie. zdają się trochę nieobecni. piją swoje piwa i palą papierosy. rozmawiają. o życiu i nadziejach, o planach i rozterkach. przesypują między palcami zmarnowany czas.
dwoje ludzi siedzi przy oknie. jedno z nich jutro wyjedzie bardzo daleko.
pewnie kiedyś tu wrócą. usiądą przy oknie, zapalą papierosa, wysączą piwo. zamienią kilka zdań i wyjdą, kierując się w przeciwne strony.
zostaw komentarz