nic nikomu
czas się spakować w kilka kartonów. odwieźć część rzeczy do domu i zacząć życie od nowa. nie jest mi wesoło. jest mi nijak już od jakiegoś czasu. bywam całkiem nieobecna. nie wiem, jaką mamy porę roku. podobno świeciło dziś słońce, podobno zbliżamy się do wiosny, a wszystko jest takie szare i brudne. jedyne ciepło dają mi małe świeczki, które codziennie płoną, umilając wieczór, a raczej noc.
jeszcze niedawno miałam mnóstwo ciszy mimo obecności jednej osoby w mieszkaniu. wraz z przybyciem dwóch kolejnych osób, wzrosła ilość ciszy. to pewnie naturalne ale nijak nie umiem się z tym oswoić. pakuję swoje słowa i myśli w najszczelniejsze kartony świata i skrapiam to wszystko własnymi łzami.
dorosłość bywa przytłaczająca. herbata nie ma smaku. dni sensu.
zimne słowa zawsze mnie bolały przez swoją niezrozumiałość… ja tak, poprostu, nie umiem. i nie rozumiem. albo na odwrót. to i tak nikogo nie obchodzi. bo przecież co kogo obchodzi to, że kiedyś wreszcie zamarznę po takim zdaniu a nawet pojedynczym spojrzeniu.
puste słowoformy. pusto i cicho.
12 lutego
20. urodziny i dużo więcej smutków.
urodziny, spędzone samotnie, upłynęły pod znakiem niekończących się telefonów, po których moje zrezygnowanie osiągało kolejne stadia. coraz więcej niestety, nieaktualne i coraz mniej entuzjazmu. i w taki dzień, którego mimowolnie nie lubię, najbardziej smuci, gdy nawet rodzice o nim zapominają.
ale wieczorem dostałam uroczego aniołka a dzisiaj pyszną czekoladę i półtorej godziny tak mocno wyczekanej radości. i mimo, iż akcja toczyła się na centralnym, było zimno, a z każdą minutą trzęsłam się coraz bardziej, mimo tego, iż niemal grożono mi nożem, warto było zrezygnować z przeprawy na drugą stronę Wisły i zapakować się w 503, jadące do domu.
sny się skończyły. rzeczywistość skaleczyła mnie zbyt mocno i powoli wypiera ze mnie uczucia. niedługo stanę się bardzo bezbarwna i idealnie wpiszę się w każdy najszarszy kawałek tego miasta, które tak bardzo mnie nie lubi.
3:45
nie śpię. oddycham nerwowo, przewracając się z boku na bok. znowu wstaję, biorę laptopa do łóżka i przeglądam obejrzane po 10 razy strony z ogłoszeniami.
groźba bezdomności jest strasznie stresująca.
idioteque
mam nawet ulubione świeczki. do czego to doszło. są idealnie dobrane do koloru łóżka i zasłony. szkoda, że niedługo będę musiała zmienić świeczki. całą rzeczywistość oswoić jeszcze raz. z tymże, już nie tak łatwo, nie tak boleśnie, a jeszcze bardziej.
strasznie się tego boję. i komu mam to powiedzieć? i jak tego uniknąć? nijak. ostatni tydzień. chciałabym, żeby skrócił się do 4 dni, ale wiem, że to nierealne. mieć to wszystko za sobą, wszystkie te kartony, reklamówki i torby. gdzieś pomiędzy musi być czas na renesans i trochę średniowiecza, którego mam dość.
tyyyyle zaległości. ferie w warszawie. chyba, że jednak góry.
prelude
strasznie nie lubię płakać o tej porze, w pustym, ciemnym pokoju, w którym tylko świeczki dają trochę ciepła
zupełnie
wyobraź sobie szarą, gestą substancję, w którą wpadasz i z której nie możesz już wyjść. i nagle zjawia się taka dłoń, która wydaje się być pomocną. sama oferuje pomoc, bycie blisko. a potem popycha cię jeszcze głębiej. teraz już wiesz, że jesteś zupełnie sam i żadna dłoń ci nie pomoże, bo żadnej już nie zaufasz. i chcesz być jeszcze bardziej samotny w swej samotności, którą jesteś przesiąknięty. aż kapie z ciebie i ani wiatr ani słońce cię nie osuszą. jesteś s a m .
i powiedz, jak ci jest?
ps. jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. dedykowane.