2:26
o tej porze mam ochotę jedynie na słuchanie stukającego o parapet deszczu, stevena kleina, madonnę i Mru.
glory box
dziś staram się być, ale w ogóle mi nie wychodzi. błąkam się między bólem głowy a kolejnym dźwiękiem, wyściełającym moje ucho. takie małe nieistnienie w samym środku tygodnia. a gdyby trzeba to było sensownie wytłumaczyć, chyba też by się nie udało. półsłowa i półmilczenia wplecione w moje włosy przeniknęły gdzieś głębiej i bardzo mnie bolą.
give me a reason… perspektywa ferii mnie przeraża i zasmuca. wymarzyły mi się zupełnie inne, realnie energetyczne, a tymczasem, żeby dostać tej energii, choć odrobinę, jestem zmuszona do podłączenia się do kabelka. i to naprawdę już mnie nie bawi.
cautionary tale
pomiędzy ja a oni jest bardzo szeroka przestrzeń z milionem głębokich rys, których nie da się niczym zamaskować, ani nawet udać, że ich nie ma. z dnia na dzień żyję tym, co znajdę pod nogami na trasie ursynów-centrum. jadąc autobusem, zawsze siadam tyłem do kierunku jazdy, bo mam tę chorobliwą tendencję do patrzenia w tył, do nieuzasadnionego oglądania się za siebie.
moze się wydawać, że wszystko jest w multikolorze, do tego supersłodkie i wymarzone. w y d a w a ć .
daję się oswoić nie tym, którym powinnam. efektem czego między pozornie radosnymi długimi godzinami jest dużo ciszy. ty się chowasz i myślisz, że jest dobrze. a wcale nie jest. ale ty masz swój świat. i ja już nie chcę go znać, ale mnie zmuszasz. może nie do końca świadomie. zrobię trzy kroki w tył i będzie lepiej.
sens roztopił się z resztkami zimy.
wrócę nie wiadomo po co. nie wiadomo do kogo. nie wiadomo kiedy i na jak długo. i już teraz wcale mnie to nie cieszy.
…
dzisiaj mogę dodać jeszcze tyle:
po co przedłużać niepotrzebną mękę żołądków, upominających się o swoje wątpliwe prawa, zbyteczny wysiłek płuc, zużywających nienależne im powietrze, daremne bicie serc, pełnych próżnego żalu. po co przyzwalać na istnienie, które nie służy żadnemu godnemu celowi, a tylko hołduje nieładowi przemiany materii, nieustannemu krążeniu nadziei i rozpaczy, i pod żadnym względem, przenośnym ani dosłownym, nie spełnia wymogów schludności.
ech pech
na pytanie co u Ciebie? mogę udzielić tylko jednej odpowiedzi
u mnie jest dziwnie. czuję się jakby włożono mnie nie w tą rzeczywistość. po pierwsze stale tęsknie, moje male szczęście jest kilka tysięcy kilometrów stąd. moje mniejsze szczęścia kończą się nim jeszcze zdążą w pełni zaistnieć.
tonę w książkach i mam wrażenie, że w końcu się utopię. kawa, herbata, książka, druga kawa, druga herbata, ta sama książka, trzecia kawa, trzecia herbata, …
chmury wiszą nisko, tuż nad moja głową. kiedy staję na palcach, opadają mi na nos. ciężko mi wtedy oddychać, nie mówiąc o zrobieniu czegokolwiek.
moja motywacja ulotniła się szczelinami w oknach. i nie ma, nie ma jej nigdzie. moja wytrwałość, wiara w siebie to stany tak dalekie, że zdaje się, iż miały miejsce w prehistorii.
a o 3 w nocy próba włamania do mieszkania. i stoisz z duszą na ramieniu, nie wiedząc, czy policja zdąży.
to wszystko łącznie jest smutne i przytłaczające. i boję się pustych pokoi i wszystkich nieoswojonych dźwięków.
ps. jestem całkiem nie-na-żarty załamana.
a może jak zamknę oczy, to okaże się, że mnie nie ma? a razem ze mną znikną wszystkie kłopoty i nawet najbeznadziejniejsza bezradność
*
gdyby można mnie było zamknąć w melodii, ułożyć na pięciolinii, byłabym tylko dźwiękiem fortepianu. dźwiękiem cudownym i niezapomnianym. szczególnie szczególnym, pasującym do tu i teraz. można byłoby mnie ułożyć między ciepłym światłem małych świeczek a każdą myślą, małą tęsknotą i jeszcze większym bólem.
a myśli o tej porze są szczególnie piękne.
hist
dzielę się na trzy etapy w ciągu dnia:
-
jest we mnie mnóstwo energii, mogę zrobić wszystko i nawet 40-minutowy spacer przed właściwą częścią dnia nie jest problemem
-
energia ze mnie ulatuje, bo to Wszystko mnie przerasta, bo biblioteka, to miejsce zbyt zimne dla mnie, zbyt tłoczne, za dużo tam metalu i szarości, niejasnych półmroków
-
ta na wyłączność.
widać zatem, że nie ma mnie a jesteśmy my. gdyby tak dodać wszystkie inne, niezbędne do opisu postaci, okazałoby się, że zupełnie nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. o co chodzi w niej. śmiesznie małej, mieszczącej się na dłoni. kulącej się najmocniej, jak potrafi, żeby tylko nie rozbić bunkru ciszy, który ją ogranicza.
sensubrak.
wszystkie te nieprzespane noce, wypłakane łzy i spuchnięte oczy, kie
dyś wam podliczę. i wystawię bardzo wysoki rachunek.
narazie mogę być sama z tą nienośną ciszą, która brzmi w moich uszach, przecięła kanały z powietrzem i połączenia nerwowe. jestem miliardem pojedynczych komórek. jestem… a może mnie w ogóle nie ma?
ps. to pewnie idiotyczne, że, kiedy jest mi źle, bardzo źle, a nawet gorzej, próbuję zmarznąć możliwie jak najbardziej, żeby skupić się tylko na tym nieznośnym zimnie?
niesenność.
4:05 nie śpię. przewracam się z boku na bok – nic. myślę – nic. słucham radia – nic. nie myślę – nic. czytam – nic. patrzę w sufit – nic. piszę – nic. zamykam oczy – nic. nic. nic. słucham ciszy – nic. modlę się nawet i też nic. został mi tylko fortepian.
no tak, wczoraj zasnęłam po 5:30.
update:
5:00 – jedyny jako tako pozytywny skutek bezsenności to zgłębianie tajników genetyki molekularnej, projektu poznania ludzkiego genomu, retrotranspozonów, wpatrywanie się w heliksę DNA z niewyjaśnionym zachwytem i zainteresowaniem. szkoda, że trochę za późno.. ale jeszcze kiedyś. kiedyś.