why it is..
no przepraszam, ale cała ta zabawa już mnie męczy. ale pół roku – pół roku – co to jest? to jest największy znak zapytania. znak podwójny.
niewiarygodnie miło jest wracać nie wiadomo dokąd. jeszcze fajniej jest zasypiać o 5 albo 6. wstawać, nie żyjąc, żyć, nie żyjąc. tak, cieszmy się, kochajmy się.
grey days
w nocy próbowałam znaleźć siebie gdzieś między jedną a drugą niebieską lampką. nie lubię takich niebezpiecznych półmroków, w których nigdy-nic-nie-wiadomo. całe te święta są tylko pozornie ładną nakrywką tego, co złe, smutne i nijakie. wcale mnie to nie bawi. wolę otworzyć kolejną książkę, wolę udawać, że tamtem świat jest jedynym słusznym światem, bo mnie w nim nie ma. wolę nie myśleć, co będzie się działo po najbliższej niedzieli. wolę nie myśleć, co dzieje się już teraz.
to jednak prawda, że strach przed czymś jest gorszy niż tajemnicze coś. próbuję, tak, pewnie, próbuję żyć do niedzieli, próbuję to wszystko wykorzystać maksymalnie, ale co z tego, jeśli to ja..
kiedy patrzę na liście, które spadają z kwiatka w moim pokoju, mam wrażenie, że czuję się tak samo. jakby ktoś obrywał ze mnie liście. trochę jakby mnie już nie było. jakbym była w okruszkach i ta resztka mnie miała już bardzo uporządkowany ciąg dalszy. jedyny i niezależny, ale kończący się.
duszno duszno
rzeczywistość mnie przerosła. o całe 15 metrów i kilka tysięcy kilometrów. i co z tego, że są samoloty? jedyna droga została zamknięta, jedyne światło zgaszone, powietrze wypompowane. została mi powolna śmierć. jak w obozie koncentracyjnym. widzisz, że giniesz, ale nic już nie możesz zrobić. nic.
skończył się etap życia. nastała wegetacja. w trakcie wegetacji bywały lepsze okresy przejściowe. jedna wegetacja zwyciężyła. teraz nawet ona się skończyła.
i niech nikt nie próbuje mówić, że życie jest sprawiedliwe.
design
można żyć ze świadomością bycia nikim całe dziewiętnaście lat i dziesięć miesięcy, ale gdy w środku nocy słyszy się wypierdalaj stąd, ta świadomość potęguje się, wypełnia każdą myśl. wszystko ma kształty i formy nieprzystosowane do mnie i na tych zgliszczach nie da się zbudować nowego świata. najlepiej jest wszystko posprzątać, otworzyć nieotwierane dawno szafki, pozbierać wszystkie drobinki kurzu z parapetów, wyrzucić papierowe torebki i umiejscowić się na samym dnie foliowej reklamówki. takiej bez marki i bez koloru. firmówka nicości mniej lub bardziej dokuczliwej.
a potem, jak gdyby nigdy nic, usiąść i mieć przed oczami tekst Uczty Platona. udawać, że ta pustka jest naturalna, że ten głośny krzyk wewnątrz i te bezradnie ściśnięte dłonie nic nie znaczą. nie widzieć spuchniętych i czerwonych oczu. winą obarczyć gorszą pogodę czy noc.
zasnąć o 4 i nie obudzić się. czasem rozumiem 4.48 psychosis. i wcale nie cieszy mnie, że życie można podzielić na rozdziały konkretnych, przeczytanych książek, że można je zlepić i wsunąć w kolejny rocznik. i patrzeć się. patrzeć bezsilnym przepełnionym żalem wzrokiem, który niczego już nie mówi, bo stał się niemy na skutek przesilenia. jest tępy i nicnieznaczący. nic. przechodzi od bloku do bloku, od człowieka do człowieka, ale żadna twarz nie jest ważna.
drzwi nie zawsze trzymają się na zawiasach. czasem są oparte o ścianę i upadają, gdy lekko się je dotknie. upadają powoli, jednakże dostatecznie szybko, by nie zdążyć ich złapać. upadają w sam środek niemego ja-ty, nie tłukąc szyby, którą mają w środku. kawą się tego nie zaleje, wodą nie opłucze, a gąbką nie wyszoruje. zostaje strasznie ciemna, do granic możliwości ciemna, lepko ciemna, przytłaczająco ciemna plama w samym środku ja-ty.
do niedawna wszystkie obliczenia udowadniały, ze 1+1 nie zawsze równa się 2, czasem równa się 1+1. tej nocy przekonałam się, że 1+1 może równać się 1+0. równać się 1.
i to jest bardzo przykre stwierdzenie. bardzo smutna historia. tragedia na samym końcu świata z szalenie wielką ilością ostrych kantów.
żeby tak można było…
zatopić się w rzeczywistości tak jak zatapiam usta w piance śmietankowego cappuccino, poprawić świat tak, jak poprawiam wygląd swojej cery, stosując nowy puder, delikatnie głaszcząc się po twarzy miękką gąbeczką. chciałabym tak pogładzić świat swą dłonią i sprawić tym samym, by każdy ostry przedmiot zmienił swój kształt, żeby wszystkie kanty zmieniły się w owalne zakończenia i… i wtedy miałabym nadzieję, że teraz już mnie nie będzie bolało. n i e b ę d z i e .
kiedyś były zielone
podchodząc do lustra, zawsze, ale to zawsze, mam nadzieję, że zobaczę w nim dwoje ślicznych, olbrzymich, charyzmatycznych oczu. czar pryska, gdy widzę dwoje oczu. z dnia na dzień coraz bardziej szarych.
mała dziewczynka o smutnym spojrzeniu.
ślepo
wszystko, co robię, robię wbrew sobie. zupełnie tego nie rozumiem. robię źle i brnę w to, uparcie brnę, coraz szybciej, natarczywiej, coraz bardziej nerwowo. to nic, że nie ma drogi powrotnej. to naprawdę nic. zdarzają się gorsze tragedie.
‘pierwszy raz słyszę
dwie cisze
na oba uszy’
…
moja historia wcale nie jest kolorowa i radosna. ziemia, po której stąpam, jawi się jako siedlisko wszystkich smutków świata. a przecież jest taka sama, jak tysiące innych ziem. i nieważne, czy idę po asfalcie, czy błocie, w którym stopniowo się zatapiam, taplam się w nim, by wyjść zła na samą siebie i na wszystkich wokół. zupełnie bez powodu. każdą kałużę mogę przecież ominąć szerokim łukiem rozsądku i rozwagi, której chyba mi zabrakło. utaplana w tym błocie próbuję dojść do najbliższego ciepłego miejsca, pełnego słońca. idę i idę, prosto, ciągle przed siebie, ale te wszystkie domy, kamienice, te ulice – one są wciąż takie same. nic się nie zmienia. idę, stojąc w miejscu, stojąc w kałuży, w tym paskudnym błocie, które z czasem przybiera formę minibagna. jak nazwać ten nie-chód? czy sama świadomość jego istnienia jest chociażby najmniejszym krokiem? jak stąd wyjść, uciec, jak pobiec przed siebie daleko, na bardzo suchy ląd? jak wyrwać się z zastanej rzeczywistości przetkanej nitkami niezrozumienia i bezsensu? jak na osnowie z bardzo kruchego istnieja utkać swą wymarzoną przyszłość, kiedy to pruje się stale, kruszy i rozpada? no jak?
nie chodzi tu wcale o pocieszenie. ja tylko pragnę znaleźć fundamenty, kamienie węgielne, bardzo mocne podstawy. i jakże przykre jest to, że okazuje się, że najtrwalsze są jednak cegły. chemią nie zbuduję sobie życia, nie spełnię marzeń. mogę jedynie przeliczyć wszystkie dni, podzielić je przez ilość słonych kropel i dodać do tego krople nieco inne – gorzkiem i z procentami. otrzymany wynik powiesić na lustrze i spoglądać na niego każdego ranka. może któregos dnia, okazałoby się, że tę karteczkę należy wyrzucić, że statystyki się zmieniły, że słońce zaczęło świecić.
żyję od nadziei do nadziei. to bardzo męczący sposób na życie.
waiting for truth
to pewnie całkiem normalne, że nie mogę spać, skupić się, zrobić czegokolwiek. i pewnie jeszcze normalniejsze, że tabletki przeciwbólowe nie działają. a, z pewnością, najnormalniejsze jest to, że nie pozostaje mi nic innego, jak czytanie trzech książek jednocześnie. zawsze coś, gdzieś. wsiadam do autobusu i, z uporem maniaka, nie mogąc dosięgnąć do kolejnej książki, przeszukuję nerwowo torbę. patrzę przez okno i tracę dwa przystanki. tracę strasznie wiele słońca, które lubi chować się za, piętrzącymi się, chmurami. wokół mam takich dziwnych ludzi. oni to wszystko wiedzą, widzą, czują. ja tego nie mam. wszystko muszę wyczytwać, o wszystko wypytać. nigdy nie wiem, czy to, co wiem, to to, co powinnam wiedzieć, czy to to, czego wiedzieć nie powinnam.
zatapiam się w kolejnych stronach, kartkach, rozdziałach. znikam. buduję sobie drugą, trzecią, dziesiąta nadrzeczywistość i tam bywa idealnie. ale teraz dzielę los schizofrenika. nie wiem już, gdzie jestem, kto siedzi obok mnie. tracę kontakt z tym wszystkim, z czym widzę się dzień w dzień.
to wszystko mnie przytłacza, przygniata. nawet nie umiem znaleźć słów, którymi mogłabym to opisać. samotnosć w czterech pokojach jest bardziej odczuwalna. wszędzie jej pełno. to miasto nie ma życia. ono ma tylko pośpiech i strasznie dużo sztucznych świateł. tu nawet słońce świeci z rzadka i od czasu do czasu. na to wszystko brakuje mi już łez i westchnień. brakuje mi sensów i celów. zmierzam po równi pochyłej w dół i stale nie widzę końca. jest głębiej i głębiej i głębiej i.. ciemniej.
dzielę tydzień na czworo. cztery nierówne kawałki. piąty doklejam czasem, gdy wracam tam, skąd się tu wzięłam. najgorzej jest nie czuć, że jest się u siebie. zabrakło mi kątów i podłóg. tu nic nie jest moje, nic nie cieszy. bywają jedynie krótkie chwile nieistnienia najmilszy w całej tej pustce.
jestem wyczulona na punkcie dźwięków i zapachów. tu każdy dźwięk mnie boli, każdy nawet najcichszy szept. nie cierpię tego ocierania się, popychania, przepychania, tej całej szalonej bieganiny. ludzie przypominają tu samoistne atomy. każdy zmierza w inną stronę i nikt poza nim nie istnieje. jesteś sam. wokół jest tłoczno i głośno, ale jesteś sam. sam. nie licz na to, ze ktoś mógłby ci pomóc, że ktoś się do ciebie odezwie. możesz liczyć jedynie na to, że zostaniesz popchnięty, niezauważony i niedoceniony. jednak najpewniej będziesz niewidoczny. szary, a raczej przezroczysty. w morzu szaro-czarnych płaszczów jesteś taki sam. anonimowość to motto tego miasta.
now you get me down…