thousands miles thousands minds
plączę się tu i tam. chodzę z kuchni do pokoju, odbijając się od ścian. próbuję to wszystko pojąć, ogarnąć i to nie pierwszy raz. osuwam się na krześle i myślę. myślę, patrzę, czytam, próbuję wniknąć w ten tekst, który mam przed oczami, przeniknąć każde zdanie, każdą literę, każdy diakryt. mam wrażenie, że z każdą godziną rozumiem mniej, czuję się gorzej. panika mnie ogarnia i nie chce zniknąć. stresuję się coraz mocniej, ale jestem, jestem, nie poddaję się. czytam dalej. notorycznie nic nie rozumiem, ale nie poddaję się. jestem. dziś jestem, nie bywam. tu wcale nie chodzi o to, by to zrozumieć. chcę sobie udowodnić, że mi się uda. chcę to pokazać sobie, majestatycznie pokonać drugą część mnie. potem wybiegam ze swojego pokoju, wbiegam do tego obok, siadam na łóżko i po wypowiedzeniu zaledwie jednego zdania, płaczę. wszystko staje się szare i nieznośne. moje myśli mnie szarpią, przerzucają od źle do gorzej i świat niebezpiecznie się kurczy. brakuje mi powietrza i miejsca, boję się. moje oczy są czerwone i zapłakane, bo nic innego mi nie pomaga. ale nie poddaję się. kilkanaście godzin i jest, jest-em. miałam rację. 1:0 dla mnie. ale nie zaśmieję się, nie uśmiechnę. przecież to i tak papierowa rzeczywistość, którą w końcu ktoś wrzuci do kosza.
krew płynie szybciej i mocniej. rozpływam się pomiędzy kolejnymi dźwiękami existence. przeglądam kilka stron metra i planuję sobie każdy piątek. według zachcianki i siły. planuję piątek, wypycham go do ostatniej sekundy, żeby nie mieć czasu na siebie. żeby przejsć obok lustra i w nie nie spojrzeć, żeby uciec, uciec od siebie. żeby wsiąść w tramwaj i z szyderczym uśmiechem zostawić siebie za oknem. żeby uciec, żeby się nawet zgubić, żeby się nigdy nie odnaleźć.
zostaw komentarz