wczoraj
Na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej stoi bank. Wysiadam z metra, pędzę do tego miejsca. Prawdopodobnie mijam ludzi, ale ich nie widzę. Kiedy już jestem na miejscu, okazuje się, że czekają na mnie szeroko rozłożone ramiona. Idę z tymi ramionami do Parku Saskiego po drugiej stronie ulicy. Jest ciemno, zimno, pusto. Dużo pustych ławek. Idziemy dalej i grają Mendelsona. He he. Potem jest 1,5 godziny ciszy i trochę nie-do-końca-prawdziwych słów. Przechodzimy obok Teatru Narodowego, hotelu i czegoś tam. Rozmawiamy i prawdopodobnie powinno być fajnie. Ale gdy tylko widzę metro, znikam. Chociaż raz. A potem… okazuje się, że nie-do-końca-prawdziwe słowa były… w zasadzie ich nie było. Znowu mam ciszę. Przecieka mi przez palce i wypełnia każdą wolną półkę w moim nowym pokoju.
Potem czekam na taksówkę z lotniska. Wybija północ i jest. Trzeba to wszystko ogarnąć, coś zrobić, podać, porozmawiać. Trzeba dokleić murowany uśmiech, bo gipsowy już nie wystarcza. Trzeba posłać łóżko i oddelegować wszystkich na swoje miejsca. Układamy podusie, poprawiamy kołderki i wstajemy o 5 rano. Czas się troche przesuwa i 6:30 to jednak za późno. Mówimy sobie “cześć” i nie widzimy się przez kilka lat.
A w międzyczasie nie mam czasu myśleć. Robię herbatę, zaklejam ranę, która się nie zagoi.
zostaw komentarz